Jeżeli to, co czułem dla niej, nie było, ściśle biorąc, miłością było to w każdym razie tak czułe odbicie miłości, którą ona mi okazywała, upojenie zmysłów tak palące w swej rozkoszy i poufałość tak słodka, że posiadała urok namiętności, będąc zarazem wolna od jej szału, który mąci głowę i nie dość pozwala cieszyć się użyciem. Raz tylko w życiu czułem prawdziwą miłość i nie ona była jej przedmiotem. Nie kochałem jej również tak, jak pokochałem i kochałem jeszcze panią de Warens, ale dlatego właśnie posiadałem ją sto razy lepiej. W ramionach mamusi rozkosz moją mąciło zawsze uczucie smutku, jakieś tajemne ściśnienie serca, które nie bez trudności przychodziło mi zwyciężyć: miast cieszyć się, że ją posiadam, wyrzucałem sobie, że ją kalam. Przy pani de Larnage, przeciwnie, dumny z własnej męskości i szczęścia, oddawałem się porywom zmysłów z radością, z ufnością w siebie; podzielałem upojenia, które dawałem mej kochance; miałem dość świadomości, aby spoglądać z dumą i rozkoszą na swój tryumf i czerpać w nim siły do mnożenia jego symbolów.

Nie przypominam sobie, w jakiej miejscowości opuścił nas margrabia, którego dobra leżały w tych stronach. To wiem, iż znaleźliśmy się sami, nim dotarliśmy do Montélimart; z tą chwilą, pani de Larnage przeniosła pannę służącą do mego wehikułu, a mnie zabrała do swego. Mogę zapewnić, że droga odbywana w ten sposób nie wydała się nam nudną; trudno by mi było zdać sprawę z wyglądu okolic, któreśmy przebiegali. W Montélimart towarzyszka moja miała jakieś sprawy, które zatrzymały ją trzy dni. Przez cały ten czas wszelako opuściła mnie ledwie na kwadrans, dla jakiejś wizyty, która ściągnęła na nią nudne towarzyskie konsekwencje i zaproszenia, zresztą daremne. Zasłoniła się niedomaganiem; co nam nie przeszkodziło przechadzać się codziennie sam na sam w najcudniejszej okolicy i pod najcudniejszym niebem w świecie. Och, te trzy dni! Nieraz przyszło mi ich żałować; nigdy odtąd nie przeżyłem podobnych!

Miłostki podróżne kończą się tak, jak się zaczęły. Trzeba się było rozstać, a wyznaję, że był czas. Nie, iżbym był przesycony lub bliski przesytu, owszem, przywiązywałem się z każdym dniem więcej; ale mimo całej oględności mej damy, już niewiele mogłem dożyć u jej stóp poza dobrą wolą. Staraliśmy się rozproszyć żale projektami spotkania. Zapadło postanowienie, że skoro ta kuracja idzie mi na zdrowie, mam się jej jeszcze poddać i że przyjadę spędzić zimę w Saint-Andiol pod opieką pani de Larnage. Miałem pobyć w Montpellier pięć lub sześć tygodni, aby jej zostawić czas przygotowania tego spotkania w sposób zapobiegający plotkom. Dała mi obszerne informacje co do wszystkiego, co powinienem był wiedzieć, co mówić, w jaki sposób się zachować. Tymczasem mieliśmy do siebie pisywać. Zachęcała mnie obszernie i poważnie do pielęgnowania zdrowia; upominała, abym się udał do najlepszych lekarzy i troskliwie wypełniał wszystko, co mi zalecą. Zobowiązała się przypilnować mnie, kiedy będę bawił u niej, abym wypełniał ich przepisy, choćby najsurowsze. Sądzę, że mówiła szczerze, kochała mnie w istocie; dała mi tego tysiąc dowodów bardziej przekonywających niż sam dar jej osoby. Osądziła z mego wyekwipowania, że nie muszę opływać w zbytki; mimo iż sama nie bogata, chciała mnie przy rozstaniu zmusić, abym z nią podzielił zawartość jej sakiewki, wcale dobrze zaopatrzonej na drogę; z wielkim trudem przyszło mi się obronić. Wreszcie rozstałem się z nią, z sercem pełnym mej towarzyszki, i zostawiając w niej, o ile mi się zdaje, szczere przywiązanie.

Wlokłem się dalej mą drogą, przeżywając ją na nowo we wspomnieniu, na razie bardzo rad, iż spoczywam w wygodnym wehikule, aby tym swobodniej dumać o rozkoszach, jakich zakosztowałem, i tych, które mi przyrzeczono. Rozmyślałem wciąż o zamku w Saint-Andiol i o uroczym życiu, które mnie tam czeka; widziałem jedynie panią de Larnage i jej otoczenie: reszta świata była niczym dla mnie; o mamusi nawet zapomniałem. Zabawiałem się kombinowaniem wszystkich szczegółów natrąconych przez panią de Larnage, starając się z góry stworzyć sobie pojęcie o jej mieszkaniu, sąsiedztwie, towarzystwie, o całym sposobie życia. Miała córkę, o której mówiła często z bałwochwalstwem matki. Ta córka miała skończonych piętnaście lat, miała być śliczna, żywa i miła. Pani upewniała mnie, że będę u niej w łaskach; nie zapomniałem tej obietnicy i z wielką ciekawością roiłem sobie, w jaki sposób panna de Larnage zachowa się wobec beniaminka389 swej mamy. Taką była treść moich marzeń od Pont-Saint-Esprit aż do Remoulin.

Polecono mi, abym zwiedził most gardyjski390; nie omieszkałem uczynić tego. Było to pierwsze dzieło Rzymian, jakie oglądałem. Spodziewałem się ujrzeć pomnik godny rąk, które go wzniosły. Tym razem przedmiot przeszedł moje oczekiwania; było to jedyny raz w życiu. Tylko Rzymianom dane było sprawić ten skutek. Widok tej prostej i szlachetnej budowli uderzył mnie tym więcej, ile że położona jest w pustkowiu, gdzie milczenie i samotność czynią sam przedmiot bardziej uderzającym, a podziw tym żywszym, ów rzekomy most był w istocie tylko wodociągiem. Zadawałem sobie pytanie, jaka siła przeniosła kamienie tak olbrzymie z tak daleka od wszelkiego łomu i zgromadziła ręce tylu tysięcy ludzi w miejscu zupełnie bezludnym? Przebiegłem trzy piętra tej wspaniałej budowli, którą przez szacunek ledwie śmiałem deptać nogami. Odgłos moich kroków pod tymi olbrzymimi sklepieniami budził we mnie wrażenie, iż słyszę silny głos tych, którzy je wznieśli. Gubiłem się jak robak w tym ogromie. Czułem, czyniąc się tak małym, coś nieokreślonego, co mi wzbierało w duszy; mówiłem sobie, wzdychając: „Czemuż nie urodziłem się Rzymianinem!”. Trwałem tam kilka godzin w zachwyceniu. Wróciłem roztargniony i zadumany, a zaduma ta nie była korzystna dla pani de Larnage. Pamiętała o tym, aby mnie ubezpieczyć przeciw dziewczętom w Montpellier, ale nie przeciw gardyjskiemu mostowi. Niepodobna pamiętać o wszystkim.

W Nimes poszedłem zobaczyć arenę: jest to dzieło o wiele wspanialsze niż most gardyjski, ale uczyniło na mnie o wiele mniejsze wrażenie, czy że podziw mój wyczerpał się na pierwszym przedmiocie, czy że położenie areny w środku miasta mniej było sposobne, aby go obudzić. Ta rozległa a wspaniała arena otoczona jest małymi domkami; inne domki, jeszcze mniejsze i szpetniejsze, zapełniają ją, tak iż całość sprawia niejednolite i zmącone wrażenie, w którym żal i oburzenie dławią przyjemność i podziw. Widziałem, od tego czasu, arenę w Weronie, nieskończenie mniejszą i mniej piękną niż w Nimes, ale utrzymaną i zachowaną z możliwą schludnością i przystojnością, i która przez to samo sprawiła na mnie silniejsze i milsze wrażenie. Francuzi nie dbają o nic i nie szanują żadnego pomnika. Są pełni zapału, gdy chodzi o podjęcie czego, ale nie umieją niczego skończyć ani zachować.

Zmieniłem się do tego stopnia i zmysłowość moja, raz obudzona, rozwinęła się tak pięknie, iż zatrzymałem się jednego dnia w „Pont de Lunel”, aby dać folgę memu apetytowi w gospodzie. Gospoda ta, najwyżej szacowna ze wszystkich w Europie, zasługiwała na to wyróżnienie. Gospodarze umieli skorzystać z jej szczęśliwego położenia, aby prowadzić kuchnię zaopatrzoną obficie i doborowo. Było to, w istocie, ciekawe, znaleźć w samotnym domostwie we wsi stół zaopatrzony w rybę morską i rzeczną, w doskonałą dziczyznę, przednie wina, obsłużony z owym wyszukaniem i pamięcią, jakie znajduje się jedynie u możnych i bogaczy, a wszystko za marnych trzydzieści pięć su. Ale „Pont de Lunel” niedługo wytrwało na tej stopie, i tak długo żyło swą reputacją, aż straciło ją w końcu zupełnie.

Zapomniałem w ciągu drogi, że jestem chory; przypomniałem sobie o tym, przybywając do Montpellier. Wapory opuściły mnie, ale wszystkie inne cierpienia zostały; i chociaż przyzwyczajenie stępiło mą wrażliwość, było tego dosyć, aby przyprawić o śmierć z samego przestrachu kogoś, na kogo tyle chorób spadłoby od razu. W rzeczywistości były one mniej bolesne niż niepokojące i więcej dręczyły umysł niż ciało, któremu zdawały się grozić zniszczeniem. Stąd pochodziło, że, ogarnięty żywą namiętnością, przestałem myśleć o mym stanie; ale ponieważ nie był on urojony, odczułem go natychmiast, skoro nieco ochłonąłem. Myślałem tedy poważnie nad radami pani de Larnage i nad celem mej podróży.

Udałem się szukać porady u najznamienitszych praktyków, a zwłaszcza u doktora Fizes. Na domiar ostrożności umieściłem się u lekarza. Był to Irlandczyk nazwiskiem Fitz-Moris391. Stołował u siebie wielu studentów medycyny; dla chorego przedstawiało to tę dogodność, że pan Fitz-Moris zadowalał się przyzwoitą pensyjką za życie, a nic nie żądał już od chorych za opiekę lekarską. Podjął się wykonania przepisów pana Fizes i czuwania nad mym zdrowiem. Wywiązał się z tego bardzo dobrze, przynajmniej co się tyczy diety; nie było na jego pensji obawy o przeładowanie żołądka. Mimo że nie jestem zbyt wrażliwy na takie braki, porównanie z niedawną przeszłością było tak rażące, że nieraz nie mogłem się wstrzymać w duchu od uwagi, że pan de Torignan był lepszym prowiantmistrzem od pana Fitz-Moris. Mimo to, ponieważ ostatecznie nie cierpiało się głodu, a cała ta młoda kompania była wesoła, życie, jakie tam pędziłem, bardzo mi w istocie posłużyło i nie dało mi popaść w dawne omdlenia. Ranek trawiłem na zażywaniu lekarstw, a zwłaszcza jakichś wód, zdaje mi się Vals, i na pisaniu do pani de Larnage; korespondencja bowiem szła swoim trybem, a pan Rousseau podejmował trud odbierania listów dla swego przyjaciela Duddinga. W południe spacer z którymś z młodych stołowników, poczciwych i chętnych chłopców. Następnie obiadowało się wesoło. Po obiedzie zaprzątaliśmy się do wieczora bardzo ważną sprawą; mianowicie, udawaliśmy się za miasto, gdzie po kilku partiach krykieta czekał nas podwieczorek. Ja nie grywałem; nie miałem do tego dość siły ani zręczności, ale zakładałem się i przejęty swoim zakładem, uganiając za graczami, zażywałem miłego i zbawiennego ruchu, który na mnie znakomicie oddziaływał. Podwieczorek spożywało się w karczemce za miastem. Nie potrzebuję nadmieniać, że podwieczorki te były wesołe; ale dodam, iż były niewinne, mimo że dziewczęta w karczmie były wcale niczego. Pan Fitz-Moris, wielki amator krykieta, był naszym przewodniczącym. Na przekór reputacji, jakiej zażywają studenci, mogę powiedzieć, iż wśród całej tej młodzieży znalazłem więcej obyczajności i przyzwoitości, niżby można było znaleźć w równie licznej kompanii dorosłych. Byli więcej hałaśliwi niż wyuzdani, bardziej weseli niż rozpustni. Co do mnie, tak łatwo dostrajam się do każdego trybu, o ile jest oparty na swobodzie, że nic bym nie miał przeciw temu, aby ten pobyt trwał wiecznie. Było pomiędzy tymi studentami paru Irlandczyków, od których starałem się nauczyć kilku słów po angielsku, przez wzgląd na pobyt w Saint-Andiol, zbliżał się bowiem czas, że miałem się tam udać. Pani de Larnage nalegała w każdym liście; nie postało mi w myśli być nieposłusznym. Jasnym jest, iż lekarze, którzy nic nie rozumieli z mej choroby, patrzyli na mnie jako na chorego z urojenia i odpowiednio do tego traktowali mnie swoją chininą, wodami i serwatką. Wręcz przeciwnie do teologów, lekarze i filozofowie przyjmują za prawdziwe tylko to, co mogą wytłumaczyć, a własną zdolność rozumienia czynią miarą możebności. Ci panowie nic nie pojmowali z mojej choroby; ergo392 nie byłem chory, bo jak przypuścić, aby doktorzy nie wiedzieli wszystkiego? Spostrzegałem, iż starają się jeno zabawić mnie i uwolnić od ciężaru zbytniej ilości ludwików; sądząc tedy, że ich zastępca w Saint-Andiol wywiąże się z tego równie dobrze jak oni, a o wiele przyjemniej, postanowiłem dać mu pierwszeństwo i opuściłem Montpellier z tym roztropnym postanowieniem.

Wyjechałem z końcem listopada, po sześciu lub ośmiu tygodniach pobytu w tym mieście, gdzie zostawiłem ze dwanaście ludwików bez żadnego pożytku dla zdrowia ani dla nauki, chyba że jako taki policzę kurs anatomii, który zacząłem pod kierunkiem pana Fitz-Moris i który musiałem przerwać z przyczyny ohydnego zaduchu trupów, dla mnie nie do zniesienia.