Nie będąc w zupełnej zgodzie z samym sobą co do powziętego postanowienia, biłem się z myślami, posuwając się wciąż ku Pont-Saint-Esprit, które leżało po drodze zarówno do Saint-Andiol, jak do Chambéry. Wspomnienia mamusi i listy jej, mimo że mniej częste niż listy pani de Larnage, obudziły na nowo w mym sercu wyrzuty, które stłumiłem w czasie mej podróży. W tej powrotnej drodze stały się one tak żywe, że przeważając instynkt rozkoszy, pozwoliły mi dać ucho głosowi rozsądku. Przede wszystkim, rola awanturnika, na którą się puszczałem, mogła obecnie powieść się mniej szczęśliwie niż za pierwszym razem. Wystarczało, by w całym Saint-Andiol znalazła się jedna osoba, która była w Anglii, znała Anglików lub umiała po angielsku, aby mnie zdemaskowano. Rodzina pani de Larnage mogłaby patrzeć na mnie krzywym okiem i czynić mi afronty. Córka, o której mimo woli myślałem więcej niżby należało, również była dla mnie przedmiotem niepokoju: drżałem, że mogę się w niej zakochać, a sama ta obawa popychała mnie już ku niebezpieczeństwu. Miałżem tedy, w nagrodę względów matki, uwodzić jej córkę, wchodzić w najbardziej naganne i występne stosunki, wprowadzać waśń, niesławę, zgorszenie i piekło do domu! Ta myśl przejęła mnie grozą; powziąłem niezłomne postanowienie zwyciężenia się i zduszenia tej nieszczęsnej miłości, w razie gdyby się miała obudzić. Ale po co narażać się na taką walkę! Cóż za nędzne istnienie: żyć z matką, którą byłbym przesycony, a pałać uczuciem do córki, nie śmiejąc go jej okazać! Po cóż gonić za tym szaleństwem, po co się wystawiać na nieszczęścia, afronty, wyrzuty, dla rozkoszy, których największy urok wyczerpałem z góry? To pewna bowiem, iż skłonność moja nie zachowała już pierwszej żywości; chętka rozkoszy przetrwała jeszcze, ale namiętność uleciała. Do tego mieszały się refleksje przypominające mi moje położenie, obowiązki, mamusię, tak dobrą, tak bezinteresowną, która mimo iż przygnieciona długami, rujnowała się jeszcze dla mych wydatków, krwi sobie utaczała dla mnie, a ja ją zdradzałem tak niegodnie! Wyrzut ten stał się tak żywy, iż wreszcie odniósł zwycięstwo. Zbliżając się do Saint-Esprit, postanowiłem minąć Saint-Andiol i ruszyć prosto. Wypełniłem to mężnie, nie bez paru westchnień, przyznaję, ale zarazem z tym wewnętrznym zadowoleniem, odczuwanym po raz pierwszy w życiu, iż mogłem sobie powiedzieć: zasłużyłem na własny szacunek, umiałem obowiązkowi dać pierwszeństwo przed rozkoszą. Oto pierwsza prawdziwa zdobycz, którą zawdzięczam nauce: ona to nauczyła mnie zastanawiać się, porównywać. W obliczu zasad tak czystych, które przyswoiłem sobie świeżo, w obliczu prawideł roztropności i cnoty, które sobie postawiłem i z których czułem się tak dumny, wstyd zdradzenia samego siebie, sprzeniewierzenia się tak jaskrawo własnym zasadom przeważył pokusę. Może ambicja odgrywała w mym postanowieniu takąż rolę co cnota; ale jeśli ta ambicja nie jest samą cnotą, skutki jej są tak podobne, że omyłka jest do wybaczenia.
Jedną z korzyści dobrych uczynków jest to, iż podnoszą one duszę i zachęcają ją do wspinania się na szczeble dalszej doskonałości. Tak wielką jest słabość ludzka, iż samo wstrzymanie się od złego mamy prawo liczyć do dobrych uczynków. Skoro tylko powziąłem owo zbawienne postanowienie, stałem się innym człowiekiem albo raczej stałem się znowu tym, którym byłem wprzódy, a który zatracił się przez chwilę odurzenia. Pełen dobrych uczuć i postanowień, wędrowałem dalej mą drogą w najlepszych intencjach okupienia błędu, pragnąc odtąd budować życie jedynie na cnocie, poświęcić się bez zastrzeżeń w służbach najlepszej z matek, zachować jej tyleż wierności, ile miałem dla niej przywiązania i głuchym być na głos miłości innej niż miłość obowiązku. Niestety! Ten tak szczery powrót do dobrego zdawał się znaczyć mi inną dolę: ale snadź była ona zapisana już i rozpoczęta; i kiedy serce moje, pełne uczucia dla rzeczy dobrych i zacnych, chciało widzieć w życiu samą jeno niewinność i szczęście, właśnie zbliżałem się do złowrogiego momentu, którego następstwem miał być długi łańcuch mych niedoli.
Chęć rychłego przybycia na miejsce sprawiła, iż wędrowałem większymi etapami, niż zrazu myślałem. Z Valence oznajmiłem mamusi dzień i godzinę. Zyskawszy pół dnia na mym rachunku, przeczekałem ten czas w Chaparillan, aby przybyć ściśle tak, jak zapowiedziałem. Chciałem skosztować w całej słodyczy uroku powitania. Wolałem raczej opóźnić tę chwilę, aby w zamian spotęgować jej rozkosz świadomością, iż jestem oczekiwany. Zwykle wychodziło mi to tylko na korzyść. Zawsze dotąd każdy mój powrót był prawdziwym świętem: i tym razem spodziewałem się tego; a wylewy radości drogiej mamusi, na które byłem tak czuły, warte były, aby na nie trochę poczekać.
Przybyłem tedy dokładnie w oznaczonej godzinie. Z daleka wyglądałem, czy nie ujrzę jej na drodze; serce biło mi coraz mocniej, w miarę jak się zbliżałem. Przybiegam zdyszany, pojazd bowiem zostawiłem w mieście; nie widzę nikogo na dziedzińcu, w bramie, w oknie; zaczynam się mieszać, lękam się jakiegoś wypadku. Wchodzę, wszędzie spokój: czeladź siedzi przy podwieczorku w kuchni; zresztą393 żadnych przygotowań. Służąca wydaje się zdziwiona moim widokiem; nie wiedziała, że mam wrócić. Wchodzę na górę, widzę wreszcie tę drogą mamusię, tak czule, tak żywo, tak czysto ukochaną; przybiegam, rzucam się do jej stóp. „Ach, jesteś, mały — rzekła, ściskając mnie. — Dobrą miałeś drogę? Jak się miewasz?” To przyjęcie zmieszało mnie trochę. Spytałem, czy otrzymała list. Odpowiedziała twierdząco. „Byłbym mniemał, że nie” — odparłem; i na tym kończyły się wyjaśnienia. W pokoju jej znajdował się młody człowiek. Znałem go, przed wyjazdem widywałem go czasem w domu; ale tym razem wydawał się zakwaterowany na dobre; jakoż i tak było. Krótko mówiąc, zastałem miejsce zajęte.
Ten młody człowiek pochodził z Vaud, ojciec jego, nazwiskiem Vintzenried, był odźwiernym lub jak się sam nazywał, kapitanem zamku Chillon. Syn pana kapitana był czeladnikiem fryzjerskim i w tym charakterze wędrował po świecie, gdy się przedstawił pani de Warens, która przyjęła go życzliwie jak wszystkich podróżnych, zwłaszcza z jej stron. Był to rosły blondyn o mdłej powierzchowności, dość dobrze zbudowany, o płaskiej twarzy i równie płaskiej duszy. Wysławiał się pretensjonalnie, mieszając w rozmowie wszystkie tony, wszystkie nawyczki swego rzemiosła z długiem wyliczaniem sercowych podbojów. Z chwalebną dyskrecją wymieniał jedynie połowę margrabin, z którymi dzielił łóżko, twierdząc wszelako, iż nie zdarzyło mu się trefić głowy pięknej kobiecie, aby nie utrefił również i głowy męża parą rogów; słowem próżny, głupi, ignorant, bezczelnik; „poza tym najlepszy chłopak w świecie!”394 Taki był zastępca, którego znaleziono w czasie mej nieobecności, a współpracownik, jakiego mi ofiarowano za powrotem.
Och! Jeśli dusze uwolnione od ziemskiej powłoki widzą jeszcze z łona wiekuistej światłości, to co się dzieje wśród nas śmiertelnych, przebacz mi, drogi i czcigodny cieniu, że nie więcej oszczędzam twoje błędy niż swoje własne; że zarówno jedne, jak i drugie odsłaniam oczom czytelnika. Powinienem, chcę być szczerym za ciebie, jak za siebie samego: stracisz na tym z pewnością o wiele mniej ode mnie. Ach, ileż razy twój miły i słodki charakter, niewyczerpana dobroć serca, twoja szczerość i wszystkie twe wyborne cnoty, ileż razy okupują one twe słabości, jeśli można tak nazwać zbłąkania płynące wyłącznie z omyłki rozumu! Byłaś podległa błędom, ale nie przywarom; postępowanie twoje było naganne, ale serce zostało zawsze czyste.
Nowy przybysz okazał się gorliwy, pilny, dokładny w drobnych zleceniach, których było zawsze mnóstwo; stał się energicznym naganiaczem czeladzi. Był równie hałaśliwy, jak ja byłem cichy; widać go było, a zwłaszcza słychać wszędzie naraz: przy orce, przy sianie, w lesie, w stajni, na dziedzińcu. Ogród jedynie zaniedbywał, była to praca zbyt spokojna i nie dawała sposobności do hałasu. Jego największa przyjemność to było orać, ładować, piłować lub rąbać drzewo; wciąż się go widziało z siekierą lub motyką w dłoni. Słychać go było, jak biega, rąbie, krzyczy na całe gardło. Nie wiem, za ilu ludzi odwalał robotę, ale wrzasku robił za dziesięciu. Cały ten rozgardiasz imponował biednej mamusi; zdawało się jej, że ten młokos będzie opatrznością dla interesów. Chcąc go przywiązać do domu, użyła wszelkich środków, które się jej wydały sposobne, i nie pominęła tego, na który zawsze liczyła najbardziej.
Sądzę, iż czytelnik poznał moje serce, jego najstalsze, najszczersze uczucia, te zwłaszcza, które mnie w tej chwili sprowadzały do niej. Cóż za nagły i zupełny przewrót w całej mej istocie! Trzeba się postawić na mym miejscu, aby to ocenić. W jednej chwili, uczułem, jak na zawsze rozwiewa się szczęśliwa przyszłość, którą roiłem. Słodkie myśli, które pieściłem tak tkliwie, pierzchły. Ja, który od dzieciństwa nie byłem zdolny wyobrazić sobie egzystencji inaczej jak tylko z nią, ujrzałem się sam po raz pierwszy w życiu. Ta chwila była straszna; te, które nastąpiły, jeszcze posępniejsze. Byłem jeszcze latami młody, ale te słodkie uczucia radości i nadziei, które ożywiają młodość, na zawsze mnie opuściły. Od tej chwili istota czująca na wpół obumarła we mnie. Widziałem przed sobą jedynie smutne resztki życia bez wartości i celu; jeśli niekiedy jeszcze obraz szczęścia poigrał z mymi pragnieniami, szczęście to nie było tym, które dla mnie było stworzone; czułem, iż, zdobywszy je nawet, nie byłbym naprawdę szczęśliwy.
Byłem tak głupi i pełen ufności, że mimo bezceremonialnego tonu przybysza (ton ten uważałem jedynie za wynik swobody mamusi, która całe swe otoczenie stawiała na bliskiej stopie), nie przyszłoby mi na myśl domyślać się prawdziwych tego podstaw, gdyby ona sama nie objaśniła mnie w tej mierze. Uczyniła to bardzo skwapliwie, ze szczerością zdolną, zaiste, podsycić mą wściekłość, gdyby me uczucia zwróciły się w tym kierunku. Co do niej, przedstawiła to jako rzecz całkiem prostą, wyrzucając mi niedbanie o dom i wymawiając częste wyjazdy, jak gdyby temperament jej w istocie zdolny był odczuć te zaniedbania!
„Ach! mamusiu — rzekłem z sercem ściśniętym boleścią — jakiejż wiadomości ważysz się mi udzielić! Cóż za nagroda mego przywiązania! Czyż po to tyle razy ocaliłaś mi życie, aby mi odjąć wszystko, co mi je czyniło drogim? Umrę z tego, ale będziesz mnie żałować”. Odpowiedziała tonem, którego spokój mógł mnie doprowadzić do szaleństwa, że jestem dziecko, że nie umiera się z takich rzeczy; że nic na tym nie tracę; że mimo wszystko pozostaniemy tak samo dobrymi przyjaciółmi i tak samo blisko w każdym rozumieniu; że jej tkliwość dla mnie nie może się zmniejszyć ani skończyć, chyba z nią samą. Słowem, dała mi do zrozumienia, że wszystkie me prawa zostaną te same, i że, jakkolwiek dzieląc je z drugim, nie będę w nich pokrzywdzony.