Wielki uśmiechnął się kupiec.
Brazylia? Szarpnął za guzik
I w moją nie spojrzał stronę:
«O, pani, czy nic innego
Pokazać dziś nie możemy?»87
Ma to być poemat. Nie mam pojęcia ani kto go napisał, ani też co ma oznaczać. Wypisany był na tablicy przed naszym przyjściem do audytorium i kazano nam napisać komentarz do niego. Po przeczytaniu pierwszej strofki zdawało mi się, że jestem na tropie. Wielkim kupcem ma być bóstwo rozdające błogosławieństwa w zamian za dobre uczynki. Kiedy jednak dotarłam do drugiej strofki, takie przypuszczenie wydało mi się świętokradztwem, czym prędzej porzuciłam tę myśl. Reszta koleżanek była w tym samym położeniu; przesiedziałyśmy trzy kwadranse nad pustymi kartkami zeszytu, natężając niemniej puste, wyjałowione z myśli mózgi, aby z nich chociaż cokolwiek wycisnąć — ale nadaremnie. Kształcenie się jest bardzo nużącym procesem.
Na tym jednak nie koniec zmartwień tego dnia. Dalszy ciąg był jeszcze gorszy.
Deszcz lał jak z cebra, nie mogłyśmy grać w golfa i zamiast tego musiałyśmy iść na gimnastykę; koleżanka stojąca obok trzasnęła mnie drążkiem w łokieć; po powrocie do domu przymierzyłam moją nową granatową suknię wiosenną; spódnica okazała się tak ciasna, że nie mogę w niej usiąść; piątek jest dniem porządkowania i służąca porobiła mi groch z kapustą w moich papierach na biurku; na deser dano nam trzęsionkę (mleko z żelatyną i zapachem waniliowym); przetrzymano nas w kaplicy o dwadzieścia minut dłużej niż zazwyczaj, żebyśmy wysłuchały kazania o kobiecych kobietach. I wreszcie, kiedy z westchnieniem dobrze zasłużonej ulgi zabrałam się do czytania Portretu damy88, jedna z dziewcząt, nazwiskiem Ackerly, o bezmyślnej, gąbczastej twarzy z beznadziejnie tępym wyrazem, bezgranicznie głupia, siedząca obok mnie na łacinie, ponieważ jej nazwisko zaczyna się na A (jaka szkoda, że pani Lippett nie nazwała mnie Zubrzycką!), zapukała, aby zapytać, czy lekcja poniedziałkowa zaczyna się od 69 czy od 70 paragrafu — i została całą godzinę. Dopiero co wyszła.
Może pan sobie wyobrazić równie przytłaczający szereg niepowodzeń? Wielkie próby życiowe nie wymagają wyjątkowej mocy charakteru. Byle kto potrafi zachować się mężnie wobec tragicznego momentu, ale znosić z pogardą drobne przykrości codzienne — na to, doprawdy, potrzeba wielkiej tężyzny ducha.
Taki rodzaj odporności zamierzam właśnie w sobie wyrobić. Wmówię w siebie, że całe życie jest grą, którą muszę rozegrać tak umiejętnie i uczciwie, jak tylko potrafię. Jeśli okaże się, że wyjdę z niej pobita, przyjmę przegraną z uśmiechem i wzruszeniem ramion; tak samo zachowam się wobec wygranej.