Od czasu kiedy dowiedziała się, że go znam osobiście, urosłam ogromnie w jej opinii. Fakt, że ma się zaszczyt znać jednego z członków rodu Pendletonów, jest najlepszym listem polecającym, otwierającym na oścież wrota Wierzbinek i serca ich mieszkańców. A śmietanką, co mówię? — kożuszkiem całego rodu jest „panicz Jerry”. Przyjemnie mi było dowiedzieć się, że Julia należy do bocznej, niższej gałęzi.

Życie na folwarku staje się coraz bardziej zajmujące. Wczoraj jechałam na wozie z sianem. Mamy trzy duże świnie i dziewięcioro prosiątek. Gdyby pan mógł widzieć, jak one śmiesznie jedzą. Będą niedługo dużymi świniami! Mamy też mnóstwo malusieńkich kurczątek, kaczuszek, indyczątek i gąsiątek. Trzeba doprawdy być wariatem, żeby mieszkać w mieście, jeżeli się może mieszkać na wsi.

Moim codziennym zajęciem jest podbieranie i wyszukiwanie jajek. Wczoraj spadłam z belki u pułapu118 stodoły, na który wlazłam, aby dostać się do gniazda ukradzionego przez wielką, czarną kurę. A kiedy podniosłam się z rozdrapanym do krwi kolanem, pani Semple opatrzyła mi je świeżymi liśćmi orzechowymi, powtarzając wciąż:

— Boże mój, Boże! To jakby wczoraj dopiero panicz Jerry spadł z tej samej belki i zupełnie tak samiuteńko rozdrapał sobie kolano!

Tutejsza okolica jest przepiękna. Mamy dolinkę, rzekę i cały szereg porośniętych lasem pagórków. W oddali bieleje wstęga gościńca, a poza nim sinieją zarysy wysokiej góry, którą chciałoby się połknąć po prostu, taka jest słodka.

Doimy krowy dwa razy dziennie i przechowujemy mleko w chłodni zbudowanej z wielkiego kamienia, pod którym przepływa strumyk. Niektórzy tutejsi farmerzy mają centryfugi119. Nie stać nas na takie nowomodne wymysły. Może trudniej jest zbierać śmietankę wprost z wiader, ale lepiej się opłaca. Mamy sześcioro cieląt i ja sama wybrałam imiona dla wszystkich:

1. Sylwia120, jako że urodziła się w lesie.

2. Lesbia121 — na cześć Lesbii Katullusa122.

3. Sallie.

4. Julia — pstre, niesamowite stworzenie.