Ale panu ani to przyszło do głowy. Kilka słów od pańskiego sekretarza, nakazujących mi wyjazd do Wierzbinek.

Właśnie ta bezosobowość pańskich nakazów rani mnie najboleśniej. Gdyby miał pan dla mnie choć najdrobniejszą kruszynę uczucia, jakie ja mam dla pana, przysłałby mi pan od czasu do czasu parę słów napisanych pańską własną ręką zamiast tych ohydnych kartek pisanych na maszynie przez pańskiego sekretarza. Gdyby zawierały one bodaj najlżejszy ślad pańskiego przywiązania do mnie, zrobiłabym wszystko na świecie, aby pana zadowolić.

Wiem, że miałam pisywać do pana uprzejme, długie, szczegółowe listy, nie oczekując nigdy odpowiedzi na nie. Dotrzymuje pan ze swojej strony warunków układu: kształcę się. Zapewne też uważa pan, że ja nie dotrzymuję moich.

Ale, Ojczulku, jakie one są ciężkie! Naprawdę. Czuję się tak okrutnie samotna. Pan jest jedyną osobą, którą mam do kochania, ale jest pan jedynie nieuchwytnym cieniem, tworem mojej wyobraźni.

Prawdziwy obraz pański nie jest prawdopodobnie ani trochę podobny do wizerunku, jaki wyobraziłam sobie. Tylko raz, kiedy leżałam w infirmerii chora na anginę, dał mi pan bezpośredni znak życia i teraz jeszcze, ilekroć czuję się bezgranicznie osamotniona i zapomniana, wyjmuję pańską kartkę i odczytuję ją.

Wydaje mi się jednak, że odbiegłam bardzo od przedmiotu i nie piszę panu wcale o tym, o czym chciałam pisać, a mianowicie:

Jakkolwiek głęboko zranił pan moje uczucia i rana ta boli mnie jeszcze, bowiem bardzo upokarzające jest zostać wyrwaną ze zwykłych warunków i kierowaną przez arbitralną195, nieubłaganą, nierozumującą logicznie, wszechwładną, niewidzialną Opatrzność, jednakże kiedy ktoś był taki dobry, taki szlachetny i tak dbał o mnie, jak pan dotychczas, myślę, że ten ktoś ma prawo — skoro mu się tak podoba — być arbitralną, nieubłaganą, nierozumującą logicznie, niewidzialną Opatrznością. I dlatego wybaczam panu i przestaję się martwić! Nie mogę jednak jeszcze przemóc się na tyle, aby czytać z przyjemnością listy Sallie opisującej, jak świetnie spędza czas na letnisku.

Mniejsza o to jednak, spuśćmy na cały ten fakt zasłonę i bądźmy znów jak dawniej.

Dużo pisałam tego lata. Skończyłam cztery krótkie opowiadania i porozsyłałam je do czterech różnych miesięczników. Widzi więc pan, że robię, co mogę, aby stać się autorką. Urządziłam sobie pracownię w jednym kącie poddasza, gdzie „panicz Jerry” lubił bawić się w deszczowe dni. Jest to przewiewny, zaciszny kącik z dwoma dymnikami196, ocieniony dużym jaworem197, w którego dziupli uwiła sobie gniazdo cała rodzina czerwonych wiewiórek.

Za kilka dni napiszę milszy list i podzielę się z panem wszystkimi nowinami folwarcznymi.