11 stycznia
Ojczulku drogi!
Chciałam napisać do pana z Nowego Jorku, ale w tym oszałamiającym mieście nie ma się chwili na nic absolutnie.
Spędziłam czas bardzo interesująco — i bardzo pouczająco — ale... jakże jestem rada, że nie jestem członkiem podobnej rodziny! Już doprawdy wolałabym wybrać za tło mojego istnienia Ochronę. Bez względu na wszystkie ujemne strony mojego wychowania nie było w nim przynajmniej gonienia za pretensjonalnymi234 pozorami. Wiem teraz, co znaczy francuskie wyrażenie: esclavage des choses — niewola rzeczy.
Materialna atmosfera rodzinnego domu Julii jest przytłaczająca. Po raz pierwszy odetchnęłam swobodniej, znalazłszy się w pociągu w drodze powrotnej. Całe umeblowanie rzeźbione, wyściełane, wspaniałe. Ludzie, z którymi się stykałam, wszyscy pięknie postrojeni, mówiący przyciszonym głosem i doskonale wychowani, ale, wierz mi, Ojczulku, od chwili przybycia do chwili odjazdu nie słyszałam ani jednego rozumnego zdania. Mam wrażenie, że nigdy myśl żadna nie przestąpiła frontowego progu ich domu.
Pani Pendleton ma głowę zaprzątniętą wyłącznie klejnotami, krawcami, szwaczkami, modniarkami235 i obowiązkami towarzyskimi. Wydaje się zupełnie odmiennym rodzajem matki niż pani McBride. Jeżeli kiedykolwiek wyjdę za mąż i będę miała dzieci, postaram się możliwie urobić je na wzór i podobieństwo McBride’owych. Za żadne skarby świata nie pozwoliłabym żadnemu z moich dzieci stać się Pendletonem. A może to niegrzecznie krytykować ludzi, z których gościnności się korzystało? Jeżeli tak jest, proszę mi wybaczyć. Mówię to wszystko przecież wyłącznie panu, w zaufaniu.
Tylko jeden raz widziałam „panicza Jerry’ego”, kiedy przyszedł z poobiednią wizytą; nie miałam jednak wtedy okazji pomówienia z nim sam na sam. Po miłych kilku tygodniach, jakie spędziliśmy razem ubiegłego lata, było to dla mnie pewnym rozczarowaniem. Coś mi się wydaje, że nie bardzo lubi swoich krewnych; faktem jest, że odpłacają mu oni tym samym. Matka Julii twierdzi, że jest niezrównoważony. Jest socjalistą236, ale, na szczęście, nie zapuszcza długich włosów i nie nosi czerwonych krawatów. Pani Pendleton nie może pojąć, skąd się u niego wzięły jego dziwaczne idee. Cała rodzina jest już od szeregu pokoleń taka bogobojna! On natomiast wyrzuca pieniądze na najrozmaitsze cudackie pomysły reform, zamiast wydawać je na rozsądne rzeczy, jak jachty, samochody i konie wyścigowe. Kupuje jednak cukierki. Przysłał każdej z nas, Julii i mnie, duże pudło na gwiazdkę.
Wie pan, myślę, że i ja także zostanę socjalistką. Czy miałby pan coś przeciw temu, Ojczulku? Socjaliści to zupełnie co innego niż anarchiści237; nie trudnią się wysadzaniem ludzi w powietrze. Właściwie jestem socjalistką z urodzenia — jako dziecko proletariatu238. Nie jestem jednak jeszcze zdecydowana, do jakiej partii się zapiszę. Rozeznam się w tej sprawie przez niedzielę i wyłuszczę panu moje zasady w następnym liście.
Zwiedziłam mnóstwo teatrów, hoteli i pięknych domów. W głowie mi się mąci od onyksów239, złoceń, mozaikowych posadzek i palm. Jestem upojona jeszcze tym wszystkim, ale cieszę się, że wróciłam znów do kolegium i do moich książek — czuję, że jestem z krwi i kości studentką; uważam atmosferę ciszy akademickiej za bardziej orzeźwiającą niż zgiełk nowojorski. Życie w kolegium jest bardzo miłe; książki i nauka, i regularne uczęszczanie na wykłady dają wciąż nowy pokarm umysłowi, a kiedy praca mózgowa znuży, jest boisko i ćwiczenia na wolnym powietrzu, i pełno dusz pokrewnych, interesujących się tymi samymi sprawami co ja. Czasem schodzą nam całe wieczory na gadaniu, gadaniu i gadaniu bez końca, a potem idzie się spać z podniosłym uczuciem, że rozstrzygnęło się jakieś wielce doniosłe i głęboko zawiłe zagadnienie życiowe. Każdą najdrobniejszą szczelinkę wypełniają tysiące drobiazgów — często dziecinnych żartów na temat drobnych wydarzeń codziennych — ale i to sprawia dużą przyjemność. Bawi nas nasz własny dowcip.
Wielkie, wspaniałe przyjemności i rozrywki nie są wcale najważniejsze. Potrafić wykorzystać drobne uprzyjemnienia życia, umieć cieszyć się chwilą — oto prawdziwy klucz do szczęścia. Wykryłam tę wielką prawdę niedawno, Ojczulku. Nie rozpamiętywać wciąż z żalem przeszłości ani też myśleć nieustannie o przyszłości, ale umieć wykorzystać w pełni każdą dobrą chwilę. Zupełnie jak przy uprawie roli. Można uprawiać ją ekstensywnie, na wielkich obszarach, i intensywnie, możliwie wyzyskując ograniczoną przestrzeń. Otóż ja zamierzam żyć intensywnie. Będę się cieszyła każdą chwilą i będę wiedziała, że się nią cieszę, ciesząc się nią. Większość ludzi nie żyje, tylko goni za czymś przez całe życie. Usiłują osiągnąć jakiś cel, daleko na widnokręgu, i w tej gorączce dążenia tak się zmęczą i zadyszą, że tracą poczucie otaczającego ich spokojnego piękna, obok którego przebiegają pędem. Potem, kiedy ocknąwszy się, odzyskują nareszcie trzeźwość sądu, pierwszą rzeczą, która ich uderza, jest poczucie, że zdążyli się zestarzeć, znużyć życiem i zobojętnieć już nawet na to, czy osiągnęli swój cel, czy nie.