— A ty o nic mnie nie poprosisz? — zapytał ją ojciec.

— Skoro jesteś tak dobry, że pomyślałeś o mnie, proszę, przywieź mi różę, bo nie ma ich tutaj.

Pięknej wcale tak bardzo nie zależało na różach; nie chciała jednak prowokować sióstr i narażać się na oskarżenia, że o nic nie prosi specjalnie po to, by się wyróżnić.

Dobry kupiec ruszył w drogę; lecz gdy dotarł na miejsce, wytoczono mu proces o jego towary i w efekcie, po długich bojach, powracał równie biedny co przedtem.

Do domu zostało mu ledwie trzydzieści mil6; już się cieszył, że wreszcie zobaczy swoje dzieci, lecz szlak do domostwa wiódł przez ogromny las — i traf chciał, że kupiec zgubił w nim drogę. Padał gęsty śnieg, a wiatr był tak silny, że dwa razy zrzucił go z konia. Zapadła noc; kupiec był już pewien, że umrze z głodu lub z zimna, albo że zjedzą go wilki, których wycie słyszał bezustannie wokół siebie. Nagle, na końcu długiego szpaleru7 drzew, ujrzał wielką jasność, która jednak wydała mu się dość odległa. Podążył w jej kierunku i zobaczył, że jej źródłem jest potężny, rzęsiście oświetlony pałac. Kupiec, dziękując Bogu za ocalenie, pośpieszył w stronę budynków; zdziwił się tylko, że na pałacowym dziedzińcu nikogo nie napotkał. Jego koń, który szedł za nim, dostrzegł otwarte na oścież wrota stajni i wszedł do niej. Na widok znajdującego się tam siana i owsa, biedne, umierające z głodu zwierzę zachłannie rzuciło się na pożywienie. Kupiec uwiązał więc konia w stajni i udał się w stronę pałacu, w którym także nie zobaczył żywej duszy. Za to, gdy wszedł do wielkiej sali jadalnej, zastał tam ogień rozpalony w kominku oraz stół uginający się od mięsiwa i innych dań; było tam wszakże8 tylko jedno nakrycie.

Deszcz i śnieg przemoczyły wędrowca do suchej nitki, zbliżył się więc do ognia, aby się osuszyć, myśląc przy tym: „Pan tej posiadłości lub inni domownicy chyba wybaczą mi taką śmiałość — zresztą na pewno zaraz nadejdą”. Czekał dość długo; wreszcie wybiła jedenasta, a wciąż nikt się nie zjawiał. Nie mogąc opanować głodu, sięgnął po kurczaka, którego pochłonął łapczywie, trzęsącymi się rękami. Wypił także kilka kieliszków wina i, pokrzepiwszy się w ten sposób, opuścił salę. Przeszedł przez kilka okazałych, wystawnie urządzonych apartamentów. Na końcu galerii znalazł pokój, w którym stało wygodne łoże. Minęła już północ, a on był znużony, zdecydował się więc zamknąć za sobą drzwi i udać się na spoczynek. Obudził się nazajutrz o dziesiątej rano i z zaskoczeniem znalazł czysty i schludny strój, leżący na miejscu jego zniszczonego ubrania.

„Bez wątpienia — pomyślał sobie — ten pałac musi należeć do jakiejś dobrej wróżki, która zlitowała się nad moim położeniem”. Wyjrzał przez okno i nie zobaczył ani śladu śniegu — jak okiem sięgnąć, cieszyły wzrok kwitnące na klombach kwiaty.

Wrócił do wielkiej sali, w której poprzedniego wieczoru jadł kolację, a tam, na małym stoliczku, przygotowano dla niego czekoladę.

— Bardzo dziękuję, pani wróżko — powiedział na głos — że byłaś tak dobra i pomyślałaś o moim śniadaniu.

Kupiec posilił się czekoladą i skierował w stronę stajni, by ruszyć w drogę. Przechodząc koło krzaka róży, przypomniał sobie, o co prosiła go Piękna, i zerwał jedną z wielu gałązek. W tym momencie rozległ się straszliwy hałas i zbliżyło się do niego tak potworne stworzenie, że kupiec o mało nie zemdlał.