Rozdział I. Na progu wynalazku
— Kiedy przyjechaliście, Aleksy Piotrowiczu? Dużo ludzi pytało tu o was!
— Przyjechałem dziś, ale nie dla wszystkich jestem obecny. Bardzo proszę zamknąć w pierwszym pokoju okno!
Przybyły zdjął stary płaszcz wojskowy, otarł chusteczką twarz, przygładził swoje jasne, mocno przerzedzone na ciemieniu włosy i siadł w fotelu; następnie zapalił papierosa i zaczął chodzić po zastawionym szafami i stołami pokoju.
— Czyżby to było możliwe?! — powiedział w zamyśleniu.
Podszedł do jednej z szaf i z wysiłkiem otworzył wysokie dębowe drzwi. Białe poprzeczki półek zarysowały się wyraźnie na tle ciemnej głębi szafy. Na jednej z nich stało pudło w kształcie sześcianu, zrobione z żółtej, lśniącej jak kość tektury. W poprzek jednej z krawędzi umocowana była nalepka z szarego papieru upstrzona grubymi, czarnymi chińskimi hieroglifami. Na powierzchni pudła widniały rozrzucone kółka stempli pocztowych.
Długie, blade palce profesora lekko dotknęły sześcianu.
— Tao-Li, nieznany przyjacielu! Nadszedł czas, kiedy trzeba działać!
Profesor Szatrow cicho przymknął drzwi szafy, wziął wytarty portfel i wyjął z niego zniszczony wilgocią zeszyt w szarej, tekturowej oprawie. Ostrożnie odrywając zlepione arkusze, profesor przeglądał przez powiększające szkło kolumny cyfr i od czasu do czasu robił w dużym notesie wyliczenia.
W popielniczce zwiększał się stos niedopałków i zapałek, a powietrze w pokoju zbłękitniało od dymu papierosów.