Niezwykle jasne oczy Szatrowa błyszczały spod gęstych, krzaczastych brwi. Wysokie czoło myśliciela, kwadratowe szczęki i ostro zarysowane nozdrza potęgowały wrażenie niepospolitej mocy duchowej i nadawały profesorowi wygląd fanatyka.
Wreszcie uczony odsunął zeszyt.
— Tak, siedemdziesiąt milionów lat! Siedemdziesiąt milionów! O key! — Szatrow uczynił ręką raptowny gest, jak gdyby przebijał coś, co mu stoi na przeszkodzie, chytrze zmrużył oczy i znów głośno powiedział: — Siedemdziesiąt milionów!.. Tylko się nie obawiać!
Profesor powoli i systematycznie sprzątnął wszystko z biurka, ubrał się i poszedł do domu.
Szatrow wszedł szybko do swego pokoju, rzucił spojrzenie na ustawione we wszystkich kątach „brąziki“, jak nazywał swój zbiór artystycznych rzeźb z brązu, siadł przy okrytym ciemną ceratą biurku, na którym krab z brązu dźwigał na grzbiecie ogromny kałamarz, i zaczął przeglądać album.
Profesor był doskonałym malarzem-samoukiem i rysowanie dawało mu spokój i ukojenie. Dziś jednak nawet pomysłowa kompozycja, którą wykonał, nie pomogła mu opanować podniecenia. Szatrow zamknął nerwowo album, wstał od stołu i sięgnął po paczkę starych, pomiętych nut. Wkrótce stara fisharmonia napełniła pokój śpiewnymi dźwiękami intermezza[1] Brahmsa. Szatrow grał rzadko i źle, ale zawsze brał się śmiało do rzeczy trudnych i nie krępował się brakiem umiejętności, gdyż grał tylko wtedy, gdy był sam. Mrużąc swoje oczy krótkowidza, profesor wpatrywał się w nuty i przypominał sobie wszystkie szczegóły podróży, którą niedawno odbył, tak niezwykłej dla niego, pustelnika zamkniętego w pracowni.
Jeden z byłych uczniów Szatrowa przerzucił się na wydział astronomiczny i opracował oryginalną teorię ruchu systemu słonecznego w przestrzeni. Pomiędzy profesorem a Wiktorem (tak nazywał się były uczeń) zadzierzgnęły się przyjazne i trwałe stosunki. Wiktor poszedł jako ochotnik do wojska i został skierowany do szkoły czołgistów, gdzie przeszedł dłuższe przeszkolenie. W tym okresie zajmował się także swoją teorią. Na początku 1943 roku, Szatrow otrzymał od Wiktora długi list. Uczeń pisał, że udało mu się zakończyć swoją pracę. Wiktor obiecywał przysłać zeszyt ze szczegółowym wyjaśnieniem swojej t eorii natychmiast po przepisaniu wszystkiego na czysto. Był to ostatni list, jaki profesor otrzymał od niego. Wkrótce uczeń zginął w wielkiej bitwie czołgów.
Szatrow nie otrzymał więc przyrzeczonego zeszytu. Wszczął energiczne p oszukiwania, które okazały się bezcelowe; profesor przypuszczał, że formacja czołgowa Wiktora została nagle rzucona do walki i uczeń nie zdążył po prostu przesłać mu swoich obliczeń. Niespodzianie, już po wojnie, Szatrow odnalazł majora, który był zwierzchnikiem nieżyjącego Wiktora. Major brał udział w bitwie, w której zginął Wiktor, a teraz leczył się w Leningradzie, gdzie pracował Szatrow. Nowy znajomy zapewnił profesora, że czołg Wiktora został silnie uszkodzony uderzeniem pocisku, ale nie spalił się i dlatego jest nadzieja odnalezienia dokumentów zabitego, oczywiście, jeśli znajdowały się w czołgu. Według przypuszczeń majora, czołg powinien jeszcze i teraz stać na polu walki, które zaraz potem zostało zaminowane. Profesor wraz z majorem odbyli podróż do miejsca, w którym zginął Wiktor.
I oto przed profesorem spośród linijek zmiętych nut zjawiły się obrazy niedawno przeżytych chwil…