— Proszę się zatrzymać, profesorze! Ani kroku dalej! — krzyknął pozostający w tyle major.
Gwałtowny i ruchliwy Szatrow zatrzymał się posłusznie, pochylając głowę.
Przed nim, na zalanym słońcem polu nieruchomo sterczała wysoka, soczysta trawa. Perliste krople rosy skrzyły się na liściach, na puszystych wierzchołkach słodko pachnących białych kwiatów, na liliowych kiściach kwiatostanu wierzbówki. Owady pracowicie brzęczały nad wysoką jaskrawo-zieloną trawą w ciepłym słońcu poranka. Dalej widniał przetrzebiony przed trzema laty pociskami las, który rzucał nierówny, często rozjaśniony promieniami słońca cień — przypominający powoli gojące się rany wojny. Pole pełne było bujnego życia roślin. Ale tam w gęstwinie trawy czaiła się śmierć, której sidła, zastawione przez wroga, nie zostały jeszcze zniszczone i zwyciężone ani przez przyrodę, ani przez czas.
Bujnie rosnąca trawa przykryła zranioną ziemię, skopaną pociskami min i bomb, zoraną gąsienicami czołgów, usianą odłamkami i zalaną krwią.
Szatrow ujrzał rozbite czołgi. Na wpół osłonięte chwastami, mrocznie garbiły się ponad kwitnącą łąką, a strumienie czerwonej rdzy zdawały się spływać z rozwalonego opancerzenia czołgów, o podniesionych lub opuszczonych lufach armat. Na prawo, w niewielkim zagłębieniu, czerniły się trzy maszyny skupione blisko siebie — spalone i nieruchome. Niemieckie działa patrzyły wprost na Szatrowa, jak gdyby bezsilna wściekłość zmuszała je jeszcze teraz porywać się na białe i świeże brzózki na skraju lasu.
Dalej, na niewielkim pagórku, jeden czołg stanął jak gdyby dęba ponad inną, leżącą na boku maszyną. Poza krzakami wierzbówki widoczna była tylko część wieży z brudnym białawym krzyżem. Z lewej strony szeroka plamista szaroruda masa „Ferdynanda” pochylała ku dołowi długą lufę działa, którego koniec ginął w gęstwinie traw.
Żadna ścieżka nie przecinała kwitnącego pola, w gęstych zaroślach chwastów nie widać było śladów człowieka ani zwierzęcia. Tylko gdzieś u góry przeraźliwie krzyczała przelękniona sójka, a z oddali dochodził szum traktora.
Major wdrapał się na przewrócone drzewo i długo stał nieruchomo. Milczeli także dwaj przewodnicy i szofer majora — oddając hołd poległym tutaj radzieckim ludziom.
Szatrow mimo woli przypomniał sobie pełen uroczystego smutku łaciński napis, który mieścił się zazwyczaj nad wejściem do sal anatomicznych: „ Hic locus est, ubi mors gaudet succurrere vitam”, co oznacza w tłumaczeniu: „Jest to miejsce, gdzie raduje się śmierć, pomagając życiu”.
Do majora zbliżył się małego wzrostu sierżant — dowódca grupy saperów.