— Nie, Ilja Andrejewiczu, mam bardzo pilną sprawę. Muszę poważnie o czymś z tobą pomówić, potrzebny mi jest twój umysł, który zawsze pracuje dobrze i bezbłędnie…
— Ciekawe! — Dawydow przesunął palcem po ostatnim wierszu rękopisu i złożył niezapisane arkusze. — List twój otrzymałem tydzień temu i jeszcze nie odpowiedziałem. Nie popieram…
— Nie popierasz moich utyskiwań? Trudna dla mnie chwila — z lekka speszony, w poczuciu winy odpowiedział Szatrow. — Zapożyczyłem od ciebie pewną ideę filozoficzną, która często mi pomaga. By stosować ją, muszę jednak posiadać pewien hart ducha. A zdarza się, że człowiek słabnie…
— Cóż to za idea? — ze zdumieniem zapytał Dawydow.
— Można ją wyrazić magicznym wyrazem „to nic“. Jak często w latach wojny brakło mi tego małego „to nic“.
Dawydow śmiał się bez ustanku, wreszcie złapał oddech i z trudem wymówił:
— Właśnie, że to nic. Będziemy pracować dalej. Oczywiście bywa czasem trudno. Nauka nasza wymaga dużo wysiłku, gdyż obejmuje odsłonięcie warstw i gromadzenie olbrzymich zbiorów, i skomplikowane opracowanie materiału, a pracowników jest bardzo, bardzo mało. Wypada często tracić nieprodukcyjnie czas, zwracać uwagę na głupstwa. No, ale prowadziliśmy poważną rozmowę, a ja odbiegłem od tematu.
— Rozmowa nasza będzie niezwykła. Trzymam w rękach coś niebywałego, a rzecz ta o tyle jest nieprawdopodobna, że nikomu prócz ciebie nie odważyłbym się o tym powiedzieć.
Z kolei Dawydow okazał zniecierpliwienie. Szatrow uśmiechnął się chytrze, tak samo jak przy wejściu do gabinetu, otworzył swoją paczkę i wyjął z niej duże sześcienne pudło z żółtej tektury, ozdobione chińskimi hieroglifami i stemplami pocztowymi.
— Czy pamiętasz Tao-Li?