Szatrow zatrzymał się przed drzwiami ze szklaną tabliczką: „Kierownik Oddziału, prof. I. A. Dawydow“, przełożył do drugiej ręki duże pudełko, chytrze się uśmiechnął i raptownie zapukał. Niski i mocny głos z niezadowoleniem wrzasnął: „Proszę!“ Szatrow wszedł do gabinetu, jak zwykle, bardzo szybko i lekko pochylony błysnął spod brwi oczyma.
— Cóż to! Kogo widzę! — zawołał wstając gospodarz gabinetu, który dotąd pracował nad jakimś rękopisem. — Nie spodziewałem się! Ileż to lat, drogi przyjacielu!
Szatrow postawił pudło na stole, przyjaciele objęli się i ucałowali. Szczupły, średniego wzrostu Szatrow wydawał się zupełnie drobny obok ogromnego Dawydowa; bardzo się od siebie różnili. Dawydow, wielkiego wzrostu i atletycznej budowy, wydawał się raczej powolny i dobroduszny w odróżnieniu od nerw owego, bystrego i ponurego Szatrowa. Twarz Dawydowa, o wyrazistym, nieprawidłowym nosie, wypukłym czole pod czupryną siwych włosów, jakże inna była od twarzy Szatrowa. Jedynie oczy obu przyjaciół, o nieuchwytnej jasności i przenikliwości, podobne były do siebie, a to na skutek wyrażającego się w nich takiego samego napięcia myśli i woli.
Dawydow usadowił Szatrowa, obydwaj zapalili i zaczęli z zapałem opowiadać sobie to wszystko, czego nie wypowiedzieli w listach, a co nagromadziło się w ich umysłach w ciągu tylu lat. Nagle Dawydow pociągnął się za ucho i wydobył z kieszeni płaszcza dość pokaźne zawiniątko. Rozwinął je i położył przed Szatrowem.
— Proszę zjeść, Aleksieju Piotrowiczu… Nie oponować! — zawołał nagle w odpowiedzi na gest protestu ze strony Szatrowa i obydwaj roześmieli się.
— Zupełnie jak w czterdziestym — powiedział rozweselony Szatrow — znów zapomniałeś zjeść! Oberwiesz!
Dawydow roześmiał się serdecznie.
— Oberwę, jeśli zaniosę do domu. Bądź uprzejmy „jak w czterdziestym”.
— Zaraz my tu go — szorstko poruszył ręką Szatrow. — O key!
— Oczywiście i twoje „O key“, jak dawniej. Jak przyjemnie jest słyszeć! Posłuchaj Aleksieju Pietrowiczu, chodź do muzeum, pokażę ci ciekawe nowości… Jest dla ciebie praca…