— Wybuch wyrzutowy — objaśnił kierownik robót. — Wyrzuciło za jednym zamachem trzysta tysięcy metrów sześciennych ziemi. Tam zaś na ósmej działce szykują rowek dla ekskawatorów.

Dawydow obejrzał „rowek”, wzdłuż którego szedł, a który ciągnął się tak daleko, jak sięgał wzrok, prosto przecinając step i ku północy rozszerzając się w kotlinę, która miała prawie pół kilometra średnicy. Tam odnalezione zostało cmentarzysko dinosaurów— kolosalne nagromadzenie ogromnych skamieniałych kości. Kości ciągnęły się grzędą w poprzek całej kotliny, a widocznie i poza nią. Leżały nieporządnie nagromadzone, podobne do pni drzew, tworząc warstwę ośmiometrowej grubości, zmieszane z niewielką ilością żwiru. Nie było tutaj jednak całych szkieletów, tylko zmieszane bezładnie, różnej wielkości kawałki kości różnych gatunków wymarłych jaszczurów. Ekskawatory wcinały się w te złoża szczątków setek tysięcy potworów, rozgrzebując i oczyszczając całą powierzchnię kotliny. Rozrzucone i zwalono stosami kości ponuro czerniły się na skraju wgłębienia w nikłym świetle poranka.

* * *

Słońce podniosło się wysoko i prażyło z całej siły. Stosy czarnych kości rozżarzyły się jak w piecu.

— Można uważać oględziny za ukończone — powiedział Dawydow, wycierając mokrą od potu twarz. — Tutaj jest to samo, co na drugiej działce. Jeszcze jedna grzęda kości. Przed dwudziestu laty w uroczysku Bozaby, na północ stąd, na prawym brzegu Czu znalazłem jeszcze dłuższą grzędę kości, coś około trzydziestu kilometrów długości. Podobne gigantyczne cmentarzysko znajduje się w dolinie rzeki Ili, w Kara-Tau i obok Taszkentu. I wszystkie wyglądają tak samo — składają się ze zmieszanych milionów kości, ale nie ma w nich ani jednego całego szkieletu lub czaszki. Do badań materiał ten prawie się nie nadaje. Są to pozostałości rozmytych kiedyś cmentarzysk dinozaurów, cmentarzy, które swoimi rozmiarami przekraczają wszelką fantazję.

— Czy macie jakieś nowe koncepcje dotyczące tych „pól śmierci”, Ilja Andrejewiczu? — zapytał pomocnik. — W ogłoszonych pracach…

— Wypowiedziałem się niejasno? — przerwał Dawydow. — Nie tylko niejasno, ale nawet błędnie. Nie wyobrażałem sobie wtedy dokładnie rozmiarów tego zjawiska.

— A obecnie, co myślicie o tym, Ilja Andrejewiczu?

— Nie wiem, po prostu nie wiem i nie myślę! — szorstko odpowiedział Dawydow. — No dobrze, trzeba już pójść. Jeśli odjadę za trzy godziny, to wieczorem będę na stacji Ługowa. Pociąg do Moskwy odchodzi o godzinie pierwszej w nocy.

— A ja, czy mam dalej prowadzić obserwacje?