Ten pisze do niego regularnie o wszystkim, z wyjątkiem najciekawszej sprawy — jak posuwają się poszukiwania. Przeszło już półtora roku od chwili pamiętnej rozmowy w Moskwie, kiedy rozprawiali o przedziurawionych kościach wymarłych jaszczurów. Widocznie nic się nie udało wielkiemu przyjacielowi…

* * *

W tej samej chwili auto Dawydowa posuwało się szybko po pełnej kurzu szosie. Białawy pył drgał w drżącym świetle reflektorów, podnosił się za autem w postaci obłoku, zakrywając gwiazdy. Z daleka, poprzez szybę widać było ogromną łunę. Stamtąd dochodziły głuche odgłosy, których nie mógł zagłuszyć szum motoru…

Po upływie pół godziny Dawydow w asyście kierownika robót oraz przydzielonego do budowy współpracownika skierowali się na północny koniec terenu, nieco ogłuszeni gigantycznym rozmachem prac.

Tysiącświecowe lampy na ogromnych słupach stały okrążone jakby mgłą, obłok gęstego kurzu przesłaniał lewą stronę terenu. Rozlegał się zgrzyt, szum i rumor potężnych ekskawatorów, zagłuszających zupełnie stuk setek wagoników, które z szumem wywracały się na bocznym torze.

Złoża były na całej grubości głęboko przecięte łożyskiem przyszłego kanału. Dwudziestometrowe ściany podnosiły się z obydwu stron: na ich równych, jakby wygładzonych olbrzymim nożem pochyłościach występowały potężne żwirowiska, ogromne skupienia głazów z żółtymi piaskami i warstwowanymi piaskowcami, z milionami błyszczących blaszek miki i gipsu.

Noc, która rozpościerała się ponad pustynnym stepem, nie istniała tutaj, tak samo jak nie istniał step. Tu istniał tylko świat naprężonej gigantycznej pracy, który zmienił oblicze starożytnej kazachskiej pustyni.

Dawydow przechodził obok opalonych, pokrytych potem i kurzem ludzi, którzy nie zwracali na niego żadnej uwagi. Ogromne kilofy w umiejętnych rękach poruszały ogromne występy skał. Ciężkie, podobne do żelaznych szkieletów maszyny ciężko obracały się w kurzu. Wielkie ciężarowe auta całymi stadami tłoczyły się obok konwejerów, które w ogromnych ilościach zsypywały wydobywaną ziemię.

— To są dopiero prawdziwe odsłonięcia warstw, Ilja Andrejewiczu! — krzyknął współpracownik Dawydowa.

Profesor uśmiechnął się wesoło, chciał coś powiedzieć, ale w tejże chwili okryte kurzawą niebo rozjaśniło się szerokim lukiem nie bardzo jasnego zapłonu i ciężki huk rozległ się w głębi ziemi.