Prawda naga i nielitościwa zmusiła Dawydowa do opuszczenia zmęczonej głowy. Jego usiłowania wydały mu się śmieszne, plany — beznadziejne. Szatrow miał rację — tym bardziej, że oceniał swoim jasnym rozumem całą nieprzydatność środków, jakie były w jego dyspozycji.
— Przeklęta siła — zaklął w myśli Dawydow. — Widzę, że nie zasnę, zmogą mnie przeklęte wątpliwości. Jakby się zapomnieć, rozerwać? Ach, tu leży list przyniesiony przez Kolcowa, jeszcze go nie przejrzałem.
Profesor wydostał z portfelu list znakomitego geologa Kazachskiej Akademii Nauk. Pisał on do instytutu o tym, że w bieżącym roku zaczynają się potężne prace w wielu ogromnych międzygórskich kotlinach Tiań-Szania — państwowa budowa całej sieci ogromnych kanałów i elektrowni wodnych. Dwa największe zamierzenia: numer drugi w dolnym biegu rzeki Czu i numer piąty — w okolicach Kotliny Karkaryńskiej — odkryją częściowo górne kredowe warstwy, w których znajdują się ogromne skupiska kości dinozaurów. Dlatego należy koniecznie zorganizować stałe obserwacje paleontologów, w czasie gdy będą prowadzone roboty ziemne. Należy porozumieć się z Gosplanem[12], a potem uzgadniać wszelkie akcje z kierownikami budowy…
W trakcie czytania listu uczucie beznadziejności ustępowało z duszy Dawydowa. Zrozumiał, że przychodzi mu z pomocą wyjątkowe szczęście. Potrzeby jego nauki zbiegły się z przemysłowymi potrzebami kraju i obecnie ogromna potęga pracy urzeczywistni takie odsłonięcia warstw, jakie nie śniły się żadnemu uczonemu. Jest może nawet nadzieja sprawdzenia fantastycznego odkrycia Tao — Li, a jeśli uśmiechnie im się powodzenie, będą mogli podarować ludzkości wyraźny dowód tego, że nie jest ona samotna we wszechświecie!
Słońce, świeże i jasne, wstawało nad miastem, obłoki wydawały się pasmami liliowej piany na przezroczystej złotej wodzie. Szum budzącego się miasta wdzierał się do pokoju. Dawydow wstał, łapczywie wciągnął kilka razy świeże powietrze, zasunął portiery i zaczął się rozbierać.
* * *
Szatrow zmiął i rzucił do kosza dopiero co ukończony rysunek czaszki. Potem wyciągnął ze stosu książek na stole broszurę i nie otwierając jej zamyślił się.
Trudna jest droga nowych poszukiwań! Rzadkie wzloty myśli — jak bajecznie lekkie skoki nad przepaściami ciężkich pomyłek. I wlec się przez cały czas po stromych pochyłościach wspinając się powoli pod ciężarem faktów, które zatrzymują i wloką z powrotem w dół… Ale to nic! Zadanie jest przecież wielkie i ważne. A ci, co byli tu przed siedemdziesięciu milionami lat? Nieustraszona wola i rozum człowieka nie przelękły się nawet groźnych międzygwiezdnych przestrzeni. Te nieznane istoty potrafiły przerzucić się z jednego gwiezdnego okrętu na drugi wtedy właśnie, gdy okręty te, szybujące z przeraźliwą szybkością, oddalały się od siebie. Nie ulękły się tego, że każda sekunda odsuwa ich na setki kilometrów od macierzystej planety. A gdy wypełnili swe zadanie — zdołali powrócić — oczywiście, że powrócili, gdyż wielkie zmiany, jakich człowiek dokonał w przyrodzie, nic uszłoby uwadze ludzi, którzy przeprowadzają dziś, po siedemdziesięciu milionach lat, studia nad naszą planetą.
Jeśli dotychczas nie dostrzegliśmy tych zmian, to znaczy, że przybysze ci — nieznani goście nieznanego świata — byli na Ziemi bardzo krótko!
Dobrze! Będzie dalej rozmyślał nad swoim zadaniem, będzie szukał wyglądu ludzi innych światów. I wkrótce zawiadomi Dawydowa… Ale Dawydow…