— Nie sądź tak, Aleksy Pietrowiczu! Proszę, wierz mi, stary przyjacielu, jestem zupełnie szczery. Czyż w ciągu naszej wspólnej pracy nie dzieliliśmy się najciekawszymi materiałami? Z czasem zrozumiesz, że tu także nastąpił taki podział. Nie chcę przywłaszczać sobie wszystkiego, a zresztą po co? W jednakowy sposób zapatrujemy się na naukę i najważniejszy jest dla nas jej ruch i postęp.

Wzruszony Szatrow opuścił głowę. Nie umiał wyrażać swoich uczuć, zwłaszcza swoich głębokich przeżyć. I obecnie stał przed swoim barczystym przyjacielem, który przypatrywał mu się wesoło. Szatrow niechcący dotknął ręką czaszki niebiańskiego przybysza, mieszkańca „gwiezdnego okrętu”. Okręt zniknął w niezmierzonej głębi przestrzeni, stał się niedościgły dla jakichkolwiek sił, maszyn i myśli.

A jednak oto jego niewątpliwy, bezsporny ślad. Jest on dowodem, że życie przebywa niedającą się odwrócić ewolucję, dąży do stałego udoskonalenia się, choć droga ta jest niezmiernie długa i żmudna. W ruchu tym jest prawo życia — nieuniknione prawo jego istnienia. I jeśli nie zostanie ono przerwane jakimiś wypadkami w kosmosie — to nieuniknionym rezultatem są narodziny myśli, powstanie człowieka, dalej społeczeństwa, techniki, walki z groźną mocą wszechświata. A walka ta może posunąć się bardzo daleko — przybysz dalekiego świata jest tego rękojmią. Gdyby „oni” zjawili się na Ziemi nie wtedy, ale teraz, jak wiele nowego moglibyśmy się dowiedzieć!

Szarów odwrócił się do przyjaciela i powiedział spokojnie i szczerze:

— Przyjmuję twoją… propozycję. Niechaj tak będzie. Oczywiście będę musiał pojechać do Leningradu, by załatwić swoje sprawy i szybko powrócić. Pracować należy tutaj. Przewożenie takiego skarbu nie jest wskazane. Ale dlaczego, Ilja Andrejewiczu, nazywasz go „niebiańską bestią”? To brzmi nie bardzo właściwie — po prostu lekceważąco.

— Nie umiem znaleźć stosownej nazwy. Przecież nie można nazywać go „człowiekiem”, jeśli chcemy używać terminologii naukowej. Jeśli zaś sądzić z myśli, techniki, stopnia uspołecznienia, to może jest człowiekiem, ale ukształtował się na innej podstawie anatomicznej. Jego organizm nie jest pokrewny naszemu. To jest inne zwierzę. I dlatego nazywam go niebiańskim zwierzęciem: bestia caelestis. Można go nazwać z greckiego: therion caelestis. To brzmi nawet lepiej. O prawdziwą zaś nazwę dla niego już ty powinieneś się zatroszczyć.

— A jednakże, Ilja Andrejewiczu — powiedzia po dłuższym milczeniu Szatrow — cóż w takim razie pozostanie dla ciebie?

— Drogi przyjacielu, wiem, że łańcuch wyciągnę jeszcze dalej… Już dawno rozmyślam nad rolą reakcji atomowych w procesach geologicznych. A obecnie nasze niezwykłe odkrycie wyprowadziło mnie z kręgu spraw powszednich i podniosło na wyższy szczebel myśli, dodało mi odwagi w moich konkluzjach, rozszerzyło granice moich pojęć; spróbować dowieść, że istnieją możliwości wykorzystania olbrzymich źródeł energii atomowej w głębinach skorupy ziemskiej; opracować geologię głębinową, ażeby uczynić ją łatwiejszą do praktycznego zrealizowania. A ty… twoją sprawą jest ewolucja życia i powstanie myśli nie tylko w granicach naszej Ziemi, ale w obrębie całego wszechświata. Pokazać ten proces, dać ludziom obrazy wszelkich stojących przed nimi możliwości. Obalić małodusznych sceptyków i ubogich niedowiarków, jakich w nauce jest jeszcze bardzo wielu!

Dawydow umilkł. Szatrow patrzył na przyjaciela, jakby widział go po raz pierwszy.

— Ale dlaczegóż stoimy? — powiedział wreszcie Dawydow. — Siądźmy i opanujmy się. Jestem zmęczony.