Obydwaj uczeni zagłębili się w fotelach, zapalili i jak na komendę w zamyśleniu wpatrzyli się w czaszkę, w puste oczodoły dziwnego stworzenia. W gabinecie zapanowało milczenie.

Dawydow patrzył na wypukłe, wyżłobione drobnymi wgłębieniami czoło i wyobrażał sobie, jak kiedyś nieskończenie dawno temu, za tą ścianką z kości pracował ogromny mózg ludzki. Jakie pojęcia o świecie, jakie uczucia, jakie wiadomości napełniały tę dziwną głowę? Co zachowało się w pamięci mieszkańca obcego świata, jakie wizje swojej rodzimej planety miewał na naszej Ziemi? Czy odczuwał tęsknotę za rodzimym światem, pragnienie wielkich spraw, miłość piękna? Jakiego rodzaju stosunki pomiędzy ludźmi istniały tam, jaki był ich ustrój społeczny, czy osiągnął swój najwyższy stopień, kiedy cała planeta stała się jedną pracującą rodziną, bez ucisku, bez wyzysku, bez okrutnej bezmyślności wojen, które trwonią siły ludzkości i energetyczne zapasy planety? Jakiej płci był gość z gwiezdnego okrętu, który pozostał na zawsze na tej obcej dla niego Ziemi.

Czaszka patrzyła na Dawydowa niemo, obojętnie jak symbol milczenia i zagadki. „Tego wszystkiego nie dowiemy się — myślał profesor — ale my, ludzie Ziemi, mamy tak potężne mózgi, że wielu rzeczy domyślamy się. Przybyliście tutaj. Ale przestrzenie naszej Ziemi były zamieszkałe przez p otwory, uosobienie bezmyślnej siły. W tępej wściekłości i nieustraszoności potworów tkwiło wielkie niebezpieczeństwo, a was było niewielu. Garstka przybyszów, którzy tułali się po nieznanym świecie, w poszukiwaniu potężnego źródła energii atomowej, w p oszukiwaniu myślących współbraci…”

Szatrow poruszył się ostrożnie. Jego nerwowa natura protestowała przeciwko długiej bezczynności. Spojrzał z ukosa na zamyślonego Dawydowa, ostrożnie wziął ze stołu ciężki krążek metalu i zaczął oglądać dziwny przedmiot z przenikliwością doświadczonego badacza. Profesor przysunął krążek do jasnego światła, specjalnej lampy mikroskopowej i obracał ten szczątek nieznanego przyrządu na wszystkie strony, pragnąc uchwycić niespostrzeżone jeszcze szczegóły konstrukcji. Nagle Szatrow spostrzegł wewnątrz krążka, na odwrotnej stronie tarczy coś, co przeświecało przez matową błonkę. Z zapartym oddechem uczony próbował dostrzec to i podstawiał krążek pod światło pod różnymi kątami nachylenia. I nagle, poprzez mętną warstwę, jaka utworzyła się z biegiem czasu na przezroczystej substancji krążka, Szatrowowi wydało się, że jakieś oczy spojrzały mu prosto w twarz. Profesor krzyknął stłumionym głosem i upuścił ciężki krążek, który z hukiem upadł na stół.

Dawydow podskoczył, jak podrzucony sprężyną, klnąc na czym świat stoi. Ale Szatrow nie zwrócił uwagi na wściekłość przyjaciela. Już zrozumiał i nowy pomysł zmusił go do powstrzymania oddechu.

— Ilja Andrejewiczu — krzyknął Szatrow — czy znajdzie się tutaj coś do polerowania? Drobny karborund albo jeszcze lepiej szafran i kawałek zamszu?

— Oczywiście, że jest jedno i drugie. Ale co się z tobą stało do stu tysięcy diabłów!?

— Daj jak najprędzej to, o co proszę, Ilja Andrejewiczu! Nie będziesz żałował. Gdzie to masz?

Dawydowowi udzieliło się zdenerwowanie Szatrowa. Wstał, zrobił wielki krok i potknął się o dywan. Gniewnie kopnął zgięty róg dywanu i zniknął za drzwiami. Szatrow chwycił tarczę i zaczął lekko próbować paznokciem wypukłą powierzchnię maleńkiego krążka…

— Oto jest — powiedział Dawydow ustawiając na stole słoiki z proszkami, naczynia z wodą i spirytusem oraz kawałek skóry.