Lekki wietrzyk przyniósł miodowy zapach kwiatów. Smukła brzózka szeleszcząc pochylała się nad czołgiem, jak gdyby w jakimś niepocieszonym smutku. Wysoko płynęły białe obłoki, a z oddali słychać było senny i miarowy krzyk kukułki.

* * *

Szatrow nie spostrzegł, jak cicho otwarły się drzwi i weszła jego żona. Dobrymi błękitnymi oczami spojrzała z trwogą na męża, który w zamyśleniu opuścił ręce na klawisze.

— Czy będziemy jedli obiad, Aliosza?

Szatrow zamknął fisharmonię.

— Znów coś planujesz, przyznaj się? — cicho zapytała żona wydobywając z kredensu talerze.

— Pojutrze jadę do obserwatorium na dwa, trzy dni.

— Nie poznaję cię, Aliosza. Jesteś przecież domatorem, całymi miesiącami widzę, jak siedzisz nie rozprostowując pleców, pochylony nad biurkiem, a tu nagle… Co się z tobą stało? Upatruję w tym wpływ…

— Oczywiście Dawydowa!? — zaśmiał się Szatrow. — Daję ci słowo, Oleńko, że on nawet o niczym nie wie. Wszak nie widzieliśmy się od czterdziestego pierwszego roku.

— Ale przecież pisujecie do siebie co tydzień.