— To przesada., Oleńko. Dawydow jest obecnie w Ameryce na zjeździe geologów… Zresztą dobrze, żeś mi przypomniała — powinien w tym tygodniu wrócić. Dziś napiszę do niego.
* * *
Widocznie jestem zmęczony… I starzeję się… Głowa siwa, łysa i głupia — mruczał Szatrow do siebie każdego dnia, przeglądając papiery lub zabierając się do pisania.
Już od dawna odczuwał jakąś apatię. Pajęczyna jednostajnych, codziennych zajęć utkana w ciągu wielu lat mocno spowijała mózg. Nie odczuwał polotu myśli, która unosi się wzwyż rozpościerając swoje potężne skrzydła. Podobna do obarczonego ciężkim ładunkiem konia, posuwała się powoli, pewnie i ponuro. Szatrow zrozumiał, że stan ten spowodowany jest zmęczeniem. Przyjaciele i koledzy dawno już radzili mu zażyć odpoczynku i rozrywki. Ale profesor nie umiał ani odpoczywać, ani interesować się ubocznymi wprawami.
— Zostawcie mnie w spokoju! Wszak nie byłem już w teatrze przez dwadzieścia lat, a na letnisku nie mieszkałem nigdy w życiu — mówił posępnie do swoich przyjaciół.
Jednakże uczony rozumiał, że za swoje długie wyrzeczenia, za umyślne zwężanie kręgu zainteresowań — płaci upadkiem sił i śmiałości myśli. Samoograniczenie, dając możność większej koncentracji, zamykało go jak gdyby w ciemnym pokoju, oddzielając od różnorodnego i szerokiego światy. Tę niewolę rutyny należało rozerwać.
Szatrow udał się do obserwatorium Pułkowskiego, które zostało niedawno odbudowane po barbarzyńskim zniszczeniu dokonanym przez Niemców. W obserwatorium Szatrow doznał serdecznego i miłego przyjęcia. Sam dyrektor, członek akademii, Bielski, gościł profesora w jednym z pokoi swego niewielkiego domu.
Szatrow przyglądał się niezwykłemu rozkładowi życia pracowników obserwatorium, którzy po nocnych obserwacjach rozpoczynali późno pracę.
Trzeciego dnia po przyjeździe Szatrowa zwolnił się jeden z najpotężniejszych teleskopów, a noc sprzyjała obserwacjom. Bielski zaofiarował się towarzyszyć profesorowi w te niebiańskie krainy, o których wspominał Wiktor w swoich rękopisach. Pomieszczenie, w którym znajdował się teleskop, przypominało raczej dział jakiejś wielkiej fabryki aniżeli laboratorium naukowe. Szatrow mało znał się na technice i skomplikowane metalowe konstrukcje były dla niego mało zrozumiałe; pomyślał sobie, że jego przyjaciel Dawydow, amator wszelkich maszyn, potrafiłby lepiej ocenić to, co on w tej chwili oglądał. W tej okrągłej wieży było mnóstwo tablic rozdzielczych z elektrycznymi przyrządami. Pomocnik Bielskiego wprawnie i zręcznie manipulował różnymi wyłącznikami i guziczkami. W oddali głucho zawarczały ogromne motory elektryczne, wieża obróciła się i masywny teleskop, podobny do działa o ażurowych ściankach, pochylił się niżej ku horyzontowi. Szum motorów ucichł, natomiast dało się słyszeć jakby ciche wycie — to pracowały mniejsze i bliżej położone silniki. Ruch teleskopu stał się prawie niewidoczny. Bielski zaprosił Szutrowa, by wszedł na górę po lekkiej drabince z duralu. Szatrow zdziwił się, gdy ujrzał na platformie wygodny, przymocowany do podłogi fotel, dostatecznie szeroki, by pomieścić obydwóch uczonych. Obok stał stolik z przyrządami. Bielski pociągnął ku sobie jakąś metalową sztabę, zaopatrzoną na końcach w dwoje binokularów, podobnych do tych, jakich używał w swoim laboratorium Szatrow.
— Jest to przyrząd do jednoczesnej podwójnej obserwacji — wyjaśnił Bielski.