— Obydwaj będziemy patrzyli na ten sam obraz, jaki zarysowuje się w teleskopie.
— Znam to, gdyż takie same przyrządy stosujemy w biologii — odpowiedział Szatrow.
W głębi duszy jednak profesor dziwił się, gdyż obserwatorium astronomiczne wyobrażał sobie jako ciemną wieżę, gdzie astronom skurczony pod teleskopem, w ciszy nocnej spogląda jednym okiem na gwiazdy. Tutaj zaś wieża, choć słabo — lecz była oświetlona, jedynie platforma, na której znajdowali się w tej chwili, przyciemniona była wielkim ekranem. Obserwujący siedział nie na dole, ale na górze, w bardzo wygodnym fotelu: przed nim znajdował się przyrząd, który przywykł widzieć na stołach laboratoryjnych. Doprawdy można było pomyśleć, że znajdują się w gabinecie, nie zaś przy teleskopie w wieży astronomicznej…
Jak gdyby zgadując jego myśli, Bielski powiedział:
— Obecnie mało korzystamy z obserwacji wizualnych, oko męczy się bardzo szybko, jest mało wrażliwe i nie zachowuje w pamięci rzeczy widzianych. Współczesna praca astronomiczna opiera się całkowicie na zdjęciach fotograficznych dotyczy to zwłaszcza tego działu astronomii, który zajmuje się badaniem gwiazd, a który was interesuje. Oko potrzebne jest, gdy chodzi o wybór obiektu do zdjęcia, ale i to nie zawsze…
— A więc chcielibyście popatrzeć na jakąś gwiazdę? Proszę, oto jest ład na podwójna gwiazda — błękitna i żółta — w konstelacji Herkulesa. Należy regulować podług swego wzroku. Zresztą proszę zaczekajcie. Najlepiej będzie, jeśli wyłączę światło całkowicie, niech się wzrok przyzwyczai…
Szatrow przylgnął do obiektywów binokularu, przy czym wprawnie i szybko uregulował śruby. W samym środku czarnego pola widzenia jasno błyszczały dwie, bardzo blisko siebie położone gwiazdy.
Szatrow od razu zrozumiał, że teleskop zupełnie nie zwiększa gwiazd, tak jak zwiększa planety lub księżyc, gdyż odległości, jakie je dzielą od Ziemi, są tak wielkie, że teleskop nie jest po prostu w stanie ich powiększyć. Teleskop czyni gwiazdy bardziej wyrazistymi, jasnymi, gdyż zbiera i koncentruje promienie. Dlatego przez teleskop widoczne są miliony słabych gwiazd, niedostępnych dla nieuzbrojonego oka.
Przed Szatrowem, wśród głębokiej czerni, płonęły dwa małe, jasne ogniki pięknego błękitnego i żółtego koloni, bez porównania piękniejsze od najcudowniejszych drogocennych kamieni. Te maleńkie błyszczące punkciki sprawiały wrażenie — które trudno było z czymkolwiek porównać — najczystszego światła i nadzwyczajnego oddalenia; były pogrążone w najgłębszą otchłań ciemności, przebitą ich promieniami.
Szatrow długo nie mógł oderwać wzroku od tych ogni dalekich światów, ale wygodnie wyciągnięty w fotelu Bielski przynaglił go: