— Jedz braciszku. Zasłużyłeś — powiedziała z uśmiechem cwaniaczki, szczypiąc mnie w policzek. — Dobra chałwa? Smakuje?
Chałwa była rzeczywiście dobra, ale dlaczego mnie uszczypnęła?
Bolał mnie policzek. Pozostał na nim siniak, który potem sczerniał. Bałem się, że mama go zauważy. Gotów byłem Hudl oddać i chałwę, i strudel, byle tylko przestała mnie szczypać.
I oto pewnego dnia w sobotę rano zdarzyła się rzecz następująca. Mieszkanie nie było jeszcze sprzątnięte. Żółty wilgotny piasek, którym posypano podłogi wczoraj, był teraz biały i suchy. Na parapecie okiennym stały zimne talerze z jeszcze zimniejszą rybą. Mamy nie było w domu. Poszła do ciotki Miriam. Ktoś tam miał wpaść. Herbaty w domu nie było. Stara Pawłowa, która w sobotę paliła u nas w kuchni, jakoś spóźniała się. Tato przeczytał już rozdział Tory przypadający na ten tydzień i chciał się napić herbaty. Być może z powodu pragnienia zaczął mnie co chwila budzić, żebym wstał.
— Już czas pójść się modlić.
Pod kołdrą było ciepło. W mieszkaniu panował chłód. Jakże mógłbym chcieć opuścić łóżko? Zacząłem więc grać na zwłokę:
— Zaraz, tatusiu, jeszcze troszeczkę.
Tato nie mógł się doczekać. Ani mnie, ani Pawłowej. Zarzucił na kapotę tałes, a na tałes wciągnął płaszcz i poleciwszy mi zaraz podążyć za sobą, udał się do bóżnicy.
Mnie nadal nie chciało się wstać. Zacząłem liczyć do stu, bo postanowiłem przy stu jeden wyskoczyć z łóżka. Ale doszedłem do dwustu i dalej leżałem.
I oto w trakcie liczenia usłyszałem, jak ktoś zamyka drzwi w kuchni.