Ale w tym momencie zdarza się cud. Czuję w sobie napływ sił. Padam nie tam, gdzie Hudl chce. Jednym ślizgiem wykręcam się z jej rąk. Skok i jestem na podłodze.

— Ludzie, ratujcie! — krzyczę.

— Przestaniesz krzyczeć?!

Hudl wyskakuje z łóżka i gdy ja czołgam się po podłodze, ona podbiega do mnie i stawia mi na karku swoją ciężką nogę.

Nic innego, jak tylko chce mnie udusić. Tak jak to zrobiła z owym chłopcem.

Nie wiem, jak na to wpadłem. Chyba Pan Bóg pomógł mi wyrwać się z jej rąk. W jednej chwili wpiłem się zębami w nogę Hudl.

— Złodziej! Morderca! — zaczęła wrzeszczeć płaczliwym głosem.

Puściłem nogę. Zaczęła skakać na drugiej jak spętana gęś.

— Żeby cię ogień spalił, ty podły sukinsynu! Zaczekaj, już ja cię urządzę! Taki mały bękart, a już łazi do kobiet. Żeby cię cholera!

Nagle chwyta ze stołu lichtarz i rzuca go w moją stronę. Ja, szybko wciągając spodnie, ledwo zdążyłem uchylić się przed ciosem. Lichtarz spadł na kołdrę. Leży teraz na łóżku jak nieboszczyk. Hudl, skacząc na jednej nodze, znalazła się w kuchni.