Hudl jednak nic nie powiedziała. Zaczęła chodzić po pokoju, gniewna, chmurna, z opuszczoną głową. Nikomu w oczy nie patrzyła.
— Hudl — zapytała mama — czy masz, nie daj Bóg, jakieś zmartwienie?
Hudl nie odpowiedziała. Zaraz po obiedzie wyszła do miasta i przez całą sobotę nie było jej w domu. Dopiero późno w nocy, kiedy ojciec siedział już na łóżku i ściągał buty, zjawiła się.
Postanowiłem trzymać się jak najdalej od Hudl. Już wiedziałem, do czego zmierza swoją chałwą i strudlem. W sobotę już nie wylegiwałem się w łóżku. Wręcz przeciwnie. Wstałem wcześniej od ojca.
Sama Hudl przestała od tamtego czasu rozmawiać nie tylko ze mną, ale również z mamą i z ojcem. Nikogo nie poznawała i nikogo o nic nie pytała. Przez cały dzień paradowała po mieszkaniu w koszuli z dekoltem i z obnażonymi w całości ramionami. Siedem razy dziennie otwierała i zamykała kufer. Jedzenie swoje gotowała w garnkach mamy. Rozbijała szklanki. Jednym słowem oszalała. Mama przyglądała się temu i milczała. Ojciec, który wyjeżdżał raniutko, nigdy Hudl w takim stanie nie widział. Kiedy zamykał za sobą drzwi, Hudl właśnie przewracała się na drugi bok. Kiedy w nocy wracał i otwierał drzwi, Hudl spała już, zmęczona złością obnoszoną za dnia.
Raz tylko, kiedy mama była chora, ojciec został w domu. Wtedy zobaczył Hudl.
Kręciła się po mieszkaniu w wydekoltowanej koszuli nocnej. Co chwila podchodziła do swojego kuferka. Otwierała go, wyciągała jakieś rzeczy, potem wkładała je z powrotem i zamykała.
Ojciec z tałesem na ramionach modlił się. Czy jego oczy na dłużej zatrzymały się na postaci Hudl, trudno powiedzieć. Faktem jest, że w pewnej chwili zaczął modlitwę szybciej i głośniej recytować.
Mama leżała w łóżku. Była osłabiona. Nie mogła rozmawiać. Kiedy jednak, przy bożej pomocy, wstała z łóżka, a Hudl dalej kręciła się po pokoju w swojej wydekoltowanej koszuli, nie wytrzymała i zawołała:
— Hudl, czy ci nie zimno?