a nędza aż piszczy w domu.

Na naszym podwórku, na którym przez cały rok pachniało wieprzowiną i kwaśnymi ogórkami, walały się teraz części łóżek, odłamane nóżki od szaf i wydarte kartki z rozsypującej się Biblii.

Mama z głową owiniętą w kawałek szarego płótna wzięła do ręki miotełkę i oczyszczała z kurzu i pajęczyny puste miejsca na ścianie powstałe po odsunięciu komody i łóżka.

I oto w chwili, kiedy wszystko już zostało wymiecione z kuchni, zjawił się w naszym mieszkaniu ów wysoki młodzian, który w swoim czasie przyprowadził Hudl. Z uśmieszkiem na twarzy, wesołym głosem zawołał:

— Co, Hudele, znowu się przeprowadzamy?

— Nie twój interes. Weź rzeczy i jazda!

Młodzian ściągnął pasek od spodni, rozstawił nogi na kształt nożyc i zabrał się do kufra Hudl.

W czasie, kiedy Hudl u nas zamieszkiwała, jej kufer stał się widocznie cięższy, albowiem młodzieniec spocił się z wysiłku.

Jeszcze mocniej ściągnął pasek i zaczął gadać do kufra tak, jak się mówi do upartego żywego stworzenia:

— No, ruszże się! Żeby cię szlag trafił! Popatrzcie jak się nażarł! No, ważniaku, poddaj się! Cholerę ci w bok!