To widocznie Hudl jeszcze bardziej rozjuszyło. Przechyliła się przez parapet okienny i zaczęła wrzucać do pokoju nową wiązankę przekleństw:
— Znam cię, ty „pobożnisio”! Myślisz, że nie wiem, do kogo ty pojechałaś do Warszawy? Do twego kochanka poleciałaś! Doigrasz ty się jeszcze! Przyjdzie kryska na Matyska! Nie myśl, że ci to ujdzie płazem!
Ręce mamy drżały. Z niepokojem w oczach zaczęła czegoś szukać. Szary kawałek płótna zwisł jej teraz z drugiej strony głowy, niczym pęknięty balon. Hudl wymyślała tymczasem coraz nowe przekleństwa i coraz nowe grzechy mamy. Aż ta nie wytrzymała. Chwyciła wiaderko z wodą i chlusnęła w rozkrzyczaną twarz Hudl.
Ta odskoczyła od parapetu, a mama szybko zamknęła okno. Młodzian stojący przy wózku z bagażem Hudl chichotał. Nagle rozległ się brzęk tłuczonego szkła. Kamień uderzył w szybę, wybił ją i trafił prosto w ścianę, na której wisiały fotografie dzieci mamy. Do nosa Abramka na środkowym zdjęciu przylepił się kawałek błota.
Po rzuceniu kamienia ustały złorzeczenia Hudl. Widocznie się uspokoiła. W mieszkaniu zaległa również cisza. Matka jednak musiała bez przerwy moczyć drżące ręce w zimnej wodzie i przykładać do czoła kompres z tartego chrzanu. Ojcu nic nie powiedziała. Kiedy ten wrócił na noc do domu, zauważył, że w kuchni nie ma już kufra i łóżka Hudl. Uśmiechnął się i zapytał:
— Wyniosła się, wiedźma?
— Wyniosła.
— Chwała Bogu!
Przez kilka dni kuchnia świeciła pustką. Każde głośniejsze słowo odbijało się w niej jakimś obcym echem. Czegoś brakowało. Lepiej jednak było odczuwać brak czegoś, niż oglądać tłustą gębę Hudl.
Tak więc w święto Pesach miało nam zabraknąć sublokatora w kuchni. Ojciec był z tego zadowolony. Gdzie to jest napisane, że w kuchni ma spać sublokator? Matka wyraźnie nie podzielała zadowolenia ojca. Po wyprowadzeniu się Hudl nadal nacierała skronie chrzanem. Po przekleństwach Hudl nie mogła dojść do siebie. Stękając po cichu z bólu, oświadczyła, że jak Bóg da, to w święto uda się do lekarza. Bóg dał, święto było, ale mama do lekarza nie poszła. Widocznie zapomniała. Bo oto w święto zjawili się u nas goście. Niespodziewani, ale bliscy, swoi, mile widziani.