Na miejscu, gdzie przedtem stało łóżko Hudl, postawiono nowe, również żelazne.

Pościel, w odróżnieniu od tej, której używała Hudl, była teraz czysta i świeża, nowa jak spod igły.

Przywiozła tę pościel Ita, najmłodsza córka ojca z pierwszego małżeństwa.

Ita przybyła z Warszawy. Była to silna, piersista brunetka, o dużych błyszczących oczach. Niska, o szerokich biodrach. Ręce miała tak spracowane, że z trudem udawało się jej nałożyć zamszowe rękawiczki.

W Warszawie pracowała jako służąca. Przez całą zimę stała przy kuchni okutej miedzianymi obręczami. W emaliowanych białych garnkach i miedzianych brytfannach gotowała i piekła dla brzuchatych, bogato ubranych mężczyzn i delikatnych, piersistych kobiet żydowskich.

— W Warszawie — powiedziała Ita — są tylko „panowie” i „madames”. Czasami trafia się „starsza pani” albo „młody pan”. Innych, znaczy się, ludzi tam nie ma.

Tam w Warszawie Ita także sypiała w kuchni. Była to jednak duża kuchnia. Wodę czerpała ze ściany, a ubikację miała tuż przy kuchni, w której spała. Nie paliła lampy naftowej. Palił się tam niebieski płomień zwany gazem.

Nijak nie mogłem zrozumieć, jak można palić lampę bez nafty. Ita wytłumaczyła mi, że w Warszawie jest taka fabryka, w której używają węgla jako opału. Spalają tam tysiące stosów węgla. Z tego węgla wydobywa się taki gaz odprowadzany rurami pod ziemią do każdego mieszkania. Mama powiedziała, że Ita nie kłamie. U ciotki Gitl-Hadasy jest też taki gaz. Mimo to nie mogłem tego pojąć. Tato zaś powiedział, że z tym gazem musi być jakoś inaczej. Nie może przecież tak być, żeby z palenia w fabryce dostawało się światło do wszystkich mieszkań.

Za to gotowanie i pieczenie w wysokich kaflowych piecach Ita miała własną książeczkę kasową. Nosiła prasowane haftowane bluzki. W każdy wieczór szabasowy chodziła do żydowskiego teatru na przedstawienie Baba-Jachna, Trefnik oraz na wiele innych umoralniających sztuk.

Wiele zim i lat spędziła Ita w Warszawie. Na święta wolała wpaść do domu, do ojca. Chciała popatrzeć na bliskie osoby i nacieszyć się nimi. W Warszawie — mówiła — czuję się samotna jak palec. Tęskniła za ojcem, za miastem, za ciotką Frumet, za mną. Przecież bardzo długo mnie nie widziała. Toteż patrzy teraz na mnie rozszerzonymi i jakby rozgorączkowanymi oczami. Cała jej twarz zmarszczyła się od nieustannego uśmiechu.