— Wyrosłeś, bez uroku — powiada do mnie. — Nie poznałam ciebie... Masz, przywiozłam ci nożyk. A tu masz modlitewnik, zaś tu tefilin, warszawskie tefilin. Oby Bóg dał, żebyś je mógł założyć na bar micwę30.

Tak powiedziała moja siostra Ita i zaraz następnego dnia z rana zaczęła pomagać mamie przy porządkowaniu mieszkania na cześć nadchodzącego święta Pesach.

Stoi w otwartym oknie. Jest szeroka w biodrach. Z zakasanymi rękawami, rozkołysana, czyści kredą szyby. Bije od niej niepohamowana siła. Do podwórza, nad którym wciąż unosi się zapach wieprzowiny, docierają słowa piosenki, którą Ita przywiozła z Warszawy.

Kochałam ja chłopca, który z Wiednia był.

Kochałam ja chłopca, który z Wiednia był.

Pojechał do rodziców zobaczyć, jak się mają.

Pojechał do rodziców zobaczyć, jak się mają.

W środku izby stoi mama i z zakopconą od dymu twarzą zwraca się do stojącej w oknie Ity:

— Prawda Ito? Dobrze jest w Warszawie?

— Owszem, dobrze — powiada Ita, czyszcząc szybę — ale jak się nikogo nie ma w Warszawie, to się tęskni za domem.