Usłyszałem jak od podłogi odbiły się echem dwa głuche stuknięcia. To Józia, widocznie, zrzuciła jeden pantofel za drugim.
— Zaraz... wnet... — zaskrzeczał jej zachrypnięty głos.
Na pół zaspanymi, zmarzniętymi i zmęczonymi oczyma widziałem, jak Józia zdejmuje z siebie czerwony kaftan, jak rozsznurowuje barchankę. Widocznie wstążki wokół barchanki poplątały się. Oddech Józi stawał się ciężki. Zaczynała sapać. I sapiącym głosem rzuciła w przestrzeń:
— Psia krew, cholera...
Nie trwało to jednak długo. Pierzyna nade mną nagle się podniosła i za chwilę poczułem obok siebie ogromne, wygrzane ciało Józi. Zrobiło mi się ciasno w gardle. Ze strachu zapewne albo wskutek zaskoczenia przysunąłem się do ściany.
— Przysuń się tu, bliżej mnie...
I przyciągnąwszy mnie do siebie, dodała:
— Tu będzie ci ciepło. Podaj ręce. No? Prawda, że ciepło?
— Ciepło...
— Przytul głowę tu,... prawda, że ciepło?