Nie wiem, czy odpowiedziałem coś na jej pytanie. Zostawiła mnie siedzącego przy stoliku i sama weszła do pokoju, aby pościelić łóżko ojca. Potem rozebrała mnie i położywszy do łóżka nakryła pierzyną po samą szyję. Usiadła u moich nóg, tak jak to niegdyś czyniła moja matka, kiedy byłem chory na szkarlatynę.
— Wkrótce chyba przyjdą. Nie wiesz, kiedy? — raptem zapytała mnie Józia.
— Po pogrzebie przyjdą.
— Kiedy będzie po pogrzebie?
— Nie wiem.
Józia weszła na chwilę do kuchni. Słyszałem, jak majstruje przy zamku do drzwi. W pokoju było już dość ciemno. Tylko od kuchni ciągnęło się pasemko światła, które przełamywało się w środku izby.
Józia wróciła z kuchni i usiadła na łóżku, ale już nie u moich nóg. Buchało od niej zapachem gorącego potu. Czułem jego słodkość pod podniebieniem i w nosie. Takiego ludzkiego zapachu jeszcze nigdy nie odczułem.
— Jest ci ciepło? — zapytała, przybliżając do mnie swoją dużą twarz.
— Trochę — odpowiedziałem, czując jak zapach Józi wdziera się w moje gardło, a z niego powoli przenika do moich trzewi.
— Zaraz. Wnet ci będzie całkiem ciepło.