Ciotka Chana mówi o pieniądzach. O mnóstwie pieniędzy. Mówi o tym spokojnie. Tak jakby była pewna, że dziś-jutro Mordechaj-Mendel przyniesie jej całą górę pieniędzy.
A może rzeczywiście... Po nim można się wszystkiego spodziewać.
Wuj Ben-Cijon nie przestawał się pocić. Ani na chwilę nie zdjął białej chusteczki z czerwonej twarzy. Ciotka Noemi lekko mrużyła oczy. Z jej arystokratycznych, wąskich warg powoli wycedziło się:
— Mordechaju-Mendlu!
— Co?
— Miałeś nam opowiedzieć, jak doszedłeś do tego majątku. Słuchamy.
Mordechaj-Mendel widocznie nie usłyszał jej słów.
— Chodźcie — oświadczył, zrywając się z fotela. — Wyjdźmy trochę na zewnątrz. Przecież nic jeszcze nie widzieliście. Weisówka to istna kopalnia złota.
Ręką zaczesał brodę na lewą stronę, na wzór króla Achaszwerosza48 i otwarłszy szerokie, szklane drzwi wypuścił gości. Niech podziwiają nabyty przez niego majątek.
I rzeczywiście było na co popatrzeć. To znaczy, było na co popatrzeć niegdyś u dawnego dziedzica. U ostatniej dziedziczki chyba też. Dzisiaj niewiele z tego zostało. Z wyglądu, z rozmiaru, powinien był majątek przedstawiać się z zewnątrz w takiej samej krasie, jak wewnątrz pałacu.