W majątku, jak wiadomo, są stajnie z końmi, obory z krowami i wołami. Po podwórzu biegają świnie duże i małe, kury, koguty, indyki i kaczki.

Mój ojciec twierdzi, że na podwórzu powinny również się znaleźć pawie z szerokimi ogonami, a w każdym piórze tych ogonów jest słońce i księżyc. Pawie powinny wykrzykiwać przed przechodniami i przejeżdżającymi:

— Tu jest majątek! Tu jest majątek!

Trudno. Nie wszyscy dziedzice posiadają pawie. Świń wuj Mordechaj-Mendel także nie będzie hodował, ale dlaczego w stajni stoją tylko dwa koniki na cienkich nogach? I dlaczego nie widać więcej niż dwie chuderlawe krowy? Jedna jałówka, biała z żółtą łatą pod okiem, druga czarna, dojna z białą plamą na zadzie.

Stajnia jest duża. Kiedyś zapewne było tu dużo koni i dużo krów. Na ścianie wiszą jeszcze żłoby bez paszy. Zostały jeszcze ścianki między poszczególnymi żłobami.

Zapach ciepłego łajna dawno już chyba ulotnił się przez dziurawy dach i dwoje drzwi, które leniwie wiszą na obluzowanych zawiasach.

Słowem, zostały dwa koniki i dwie krówki. Oto właśnie dojna krowa obraca swoje chrapy ku nam, gościom. Od białej szerokiej brody wuja Ben-Cijona odwraca łeb. Na mego ojca patrzy ze zdziwieniem, jakby go już kiedyś widziała. Wydaje mi się, że szuka znajomej twarzy, bliskiego człowieka. Nagle kieruje wzrok na mnie. W oczach jej widać łzy. Widocznie prosi mnie, abym odpędzał od niej małe muszki, które wybrały sobie za miejsce odpoczynku kąciki jej oczu. Macham ręką przed łbem krowy, ale ona nie jest zadowolona.

— To nic — zdaje się mówić — że nie wiesz, o co mi chodzi. Kiedyś u dziedzica było tu wiele moich sióstr. Całe rodziny tu żyły. Nasze babki, matki i dzieci. Dawniej nie mieszkałyśmy tu razem z końmi. Miałyśmy oddzielną oborę. Większą, znacznie większą od tej stajni. Kiedy wychodziłyśmy na łąkę paść się, to jednym stadem. Jedna krowa popychała drugą. Nasze wymiona przepełnione były mlekiem.

— Dzisiaj jest zupełnie inaczej. Nastały złe czasy. Stary dziedzic umarł daleko stąd. Gdzieś na obczyźnie. Pozostały po nim długi. Wdowa zaczęła powoli sprzedawać krowę po krowie. Konia po koniu, żeby spłacić długi. Były tu również owce. Duże, wypasione, tłuste. Strzyżono ich wełnę i wieziono na jarmark, potem nie było już co sprzedawać. Wystawiono więc majątek na licytację. Przyszli kupcy. Bardzo dużo kupców. Żydzi i goje.

Przyszedł również Niemiec Fleischer, ten blacharz, który łaził po dachach, żeby zamalować je czerwoną farbą. On zapragnął być dziedzicem Weisówki. Przystąpiono więc do targu. Było wiele krzyku i kłótni. Stara pani płakała, żegnając się z folwarkiem i parobkami. Wypłacała wszystkim należne pobory i zwolniła ich. Niczego z majątku nie zabrała. Jeden tylko bukiet kwiatów wzięła na drogę.