Teraz majątek przeszedł do rąk nie Fleischera, lecz tego faceta z czarną brodą, który nazywa się Mordechaj-Mendel.
To wszystko opowiada nam stary, zupełnie siwy chłop z nieodłączną fajką w gębie. Kroczy między mną a matką. To on opowiada a nie, uchowaj Boże, krowa.
Mordechaj-Mendel kroczy w swoim sobotnim szlafroku. Pokazuje nam rękami to prawą stronę folwarku to lewą. Ręce mu jakby teraz się wydłużyły. Kiedy wymachuje nimi, odnoszę wrażenie, że zagarnia nimi cały daleki obszar majątku razem z lasem i niebem. Opowiada, jak majątek dostał się w jego ręce.
Różni dziedzice — powiada — podbijali mu cenę. Całe noce — powiada — oka nie mógł zmrużyć. Niespokojna myśl wierciła mu dziurę w głowie: a nuż z tego nici będą? A nuż dziedzice przelicytują go? A nuż to, a nuż tamto. Aż wpadł na pomysł, aby zawrzeć spółkę z Fleischerem.
Ale Niemiec też nie jest w ciemię bity, sroce spod ogona nie wypadł. Sam chce zostać dziedzicem. Ten blacharzyna, słowem, miał władać Weisówką bez Mordechaja-Mendla?
Tego, co robi Mordechaj-Mendel nie słucham. Podeszła do mnie bowiem Rejzel z kwiatkami: z czerwonymi i niebieskimi kwiatami, powiada, że zerwała je dla mnie. Kiedy wrócę do domu, żebym wstawił je do wazonu z wodą.
Tymczasem Mordechaj-Mendel dalej opowiada o tym, co zrobił. Kiedy podchodzę bliżej słyszę, jak wuj Ben-Cijon mu przerywa:
— A co z Fleischerem?
Ale wuj Mordechaj-Mendel jest tak zajęty wyjaśnianiem tego, czym jest nabyty majątek, że nie słyszy pytania wuja Ben-Cijona.
— Popatrzcie tylko — powiada — na pola, na ziemię. Zawiera przecież złoto. Ci głupcy, ci dziedzice nie zdawali sobie sprawy z tego, co posiadali. Chodźcie, to wam coś jeszcze pokażę.