Idziemy za nim. Przed nami rozciągają się puste pola.

Zaniedbane, nieobrobione, odłogiem leżące pola, zarosłe pokrzywą i śladami niezebranego łubinu. Ojciec mój powiada, że nie pamięta, kiedy na tych polach rosło zboże.

Jakie więc szczęście leży w tej ziemi? Jakie jest to złoto, o którym prawi Mordechaj-Mendel?

Nogi drepczą po miękkim i śliskim błocie. W polu upał nie do zniesienia. Skąd bije taka wilgoć? Widocznie z bagien?

— Nic podobnego — oświadcza Mordechaj-Mendel. — Właśnie, że ta wilgoć, ta śliskość jest owym złotem, o którym mówiłem. Owym prawdziwym złotem, którego owi głupi dziedzice nie potrafili wydobyć. Okazuje się, że cała ta ziemia to jeden obszar gliny. Mordechaj-Mendel pokazuje nam wykopany, czworokątny dół, w którym stoi woda. Ściany dołu błyszczą od tłustej, brunatnej gliny.

To nie glina — powiada Mordechaj-Mendel. — To olej. To mięso. To chleb z masłem. Z tej gliny będzie wyrabiał cegłę, dachówki i garnki. Postawi — powiada — komin. Wynajmie chłopów, garncarzy i rozpocznie się robotę, jakiej świat dotychczas nie widział.

I mówiąc to, nachyla się i ręką wyciąga z dołu spory kawał gliny.

— Przypatrzcie się dobrze — powiada wuj. — Czy to jest glina? To brylanty nie glina.

Wymachując ręką, podsuwa każdemu z nas pod nos ten kawałek gliny do obejrzenia. Ciotka Noemi zatyka sobie nos. Wuj Ben-Cijon końcem palca dotyka gliny. Mój ojciec patrzy na to z boku jednym przymkniętym do połowy okiem. Tylko moja matka niemal przytyka twarz do kawałka gliny.

Mnie cenna glina także nie zachwyciła. U nas w mieście obok naszego dawnego mieszkania, wykopano kiedyś dół, z którego wydobywano taką samą glinę.