Zdun Symchele, który kiedyś naprawiał piec w naszym domu, również używał takiej gliny. Czym więc chce nam tutaj zaimponować wuj Mordechaj-Mendel?

Tej soboty pokazał nam jeszcze wiele innych rzeczy. Pokazał nam odległy, spowity w niebieską mgłę las.

— Las — powiedział — także należy do Weisówki.

Wprowadził nas do ogrodu, w którym był staw. Powierzchnię stawu pokrywała żółto-zielona rzęsa. Pleśń wielu lat.

Pleśń tę, powiada Mordechaj-Mendel, postara się wkrótce usunąć. Oczyści staw i wpuści doń ryby. Będą karpie i leszcze.

Pokazał nam również sad. Dla ścisłości dodam, że owoców w nim nie było. Podobno w tym roku był nieurodzaj na owoce. Zapewniał jednak, że u niego za rok owoce będą. I to jakie! Wszystko nam pokazał. Nawet pustą psią budę.

Potem przed wieczorem poczęstował nas szczawiowym barszczem i razowym chlebem grubo posmarowanym masłem.

Od gorejącego nieba i od niebieskiego lasu powiało cichym, uspokajającym chłodem. Pole zapachniało sianem. W trawie rozśpiewały się świerszcze. Od stawu, pokrytego rzęsą, dochodziło kumkanie żab.

Siedzieliśmy na otwartym powietrzu. Niebo spowiło się w ciężki, granatowy płaszcz. Okiem niemożliwe do ogarnięcia. Tu dopiero było widać, ile milionów miliardów gwiazd tkwi na nim. Rejzel opowiada mi po cichu, że każdej nocy patrzy na największą na niebie gwiazdę. Jej się wydaje, że to taki duży, ogromny brylant, który lada chwila oderwie się od firmamentu i spadnie jej do nóg. Rejzel jest naiwną i głupią dziewczyną, ale przyjemniej tu siedzieć niż na naszym wąskim podwórku, na którym czuć zapach świń.

Po hawdali49 wuj Mordechaj-Mendel odprawił nas bryczką do miasta. Było nam ciasno, siedzieliśmy stłoczeni. Ze wszystkich czterech stron widać było rozpostartą noc. Była ciepła, tłusta. Pachniała rumiankiem, miętą i migdałami.