I mama zaczęła zabiegać o urządzenie ich przyszłości. Ita, najmłodsza, została kucharką u bogatych Żydów w Warszawie. Przyjeżdżała raz w roku do ojca, w święto, przywożąc zawsze prezenty.
Najstarszą, Chanę-Sarę czarnowłosą, wysoką, o szerokich, mocnych ramionach dziewczynę, wydała za mąż za rzeźnika w małym miasteczku. Powodziło jej się dobrze. Jej mąż, Wolf, mężczyzna niskiego wzrostu o śniadej, ściągniętej twarzy, pokochał żonę. Z biegiem czasu Chana-Sara wydała na świat trzy córki i czterech synów, oby byli zdrowi. Wszyscy bruneci o czarnych oczach i ciemnej cerze. Wszyscy małomówni. Tak jak ich matka.
Chana-Sara przyjeżdżała do naszego miasta bardzo rzadko. Od wielkiego dzwonu. Przyjeżdżała po zakup wyprawy dla kolejnej wydawanej córki. Przy tej okazji odwiedzała ojca i rzecz jasna wizyta przebiegała w milczeniu.
Ojciec i jego najstarsza córka, oboje wysocy, rozrośnięci, jak stare zakorzenione topole, siedzieli jedno naprzeciw drugiego, patrzyli sobie w oczy i milczeli. Od czasu do czasu padały między nimi krótkie słowa:
— Jak się masz, tato?
— Jak mam się mieć?
— Co słychać?
— Tak sobie. Co porabia Wolf?
— Nieźle.
— A dzieci?