— Psia krew! Nie mogła to zaczekać?

— Nie miała czasu — odpowiedział ktoś z tłumu.

— Nie gadać tam! — złościł się chłop. Mama stała obok. Coś mu powiedziała. On kiwnął głową.

Potem obaj chłopi podnieśli Tojbę. Twarz jej była biała. Oczy miała zamknięte. Nie jęczała. Przykryli ją derką i położyli na wyścielone słomą sanie.

Tłum szemrał. Do mnie doszły tylko oderwane ni to słowa, ni to westchnienia:

— A bękart?

— Martwy.

— Chłopak?

— Dziewczynka.

Strażnik, z innej ulicy, usiadł na tylnym brzegu sań tak jak mama, kiedy odwoziła Mojsze do szpitala. Teraz mama szła z boku przy sztachetach odgradzających synagogę. Szła sama, bez Rejzel. Zdawało mi się, że ona sama nie idzie, tylko jest popychana. Sanie ruszyły. Nad synagogą wisiała chmura. Nabrzmiała jakby krwią, ciemna chmura.