— Macocha.

Matka przepchnęła się do Tojby. Policzki jej nagle zapadły się. Twarz sczerniała. Pochyliła się nad leżącą Tojbą. Mnie chyba nie zauważyła. Nie słyszałem, żeby ona coś Tojbie powiedziała albo żeby Tojba jej. Miałem wrażenie, że wokół mnie nie ma teraz nikogo. Tylko mama i Tojba.

Od ulicy Łaziennej, która prowadzi do miejskiego kanału, nadjechały sanie. Długie, chłopskie sanie. Na takich saniach zawieźli kiedyś do szpitala mego brata Mojsze. Zdaje się, że to te same sanie z tym samym chłopem w kożuchu.

— Na bok, Żydki! — woła chłop i wdziera się saniami między kapoty i spódnice.

— Jak jedziesz, chamie? — krzyczą jakieś dziewoje, ledwo zdążywszy uchylić się przed końmi.

— Na bok! Nie stójcie tu, psia mać!

— Sam psia mać!

— Cicho! Cicho! — rozlegają się głosy. Już nie mają z kim się kłócić.

Tłum rozstąpił się. Sanie zatrzymały się w pobliżu Tojby.

Chłop w kożuchu razem z jeszcze jednym chłopem wylazł z sań. Nachylił się nad Tojbą i warknął: