Tu dopiero dostrzegłem, że na miejscu, na którym stoję i do którego parł tłum, śnieg jest czerwony. Co to jest? Słońce jeszcze nie zachodzi, szyby w oknach synagogi są niebieskie, to skąd ta czerwień na śniegu?
Ktoś przede mną przesuwa się na bok i przed moimi oczami ukazuje się nagle postać tarzająca się w śniegu.
Patrzę, to przecież Tojba. Nasza Tojba.
To ona leży w czerwonym śniegu. Rozdarta jakby na dwie połowy, obie nogi gołe, sterczą jak klocki. Z nóg, czy też bardziej z brzucha płynie krew.
Tojba zauważa mnie. Nie wiem, czy poznaje. Twarz ma czerwoną, spuchniętą. Patrzy na mnie dużymi, okrągłymi, tępymi oczami, niczym cielę.
Nagle unosi spuchniętą twarz, wyciąga gołe nogi na zakrwawionym śniegu i krzyczy:
— Ludzie, dajcie mi truciznę! Miejcie litość!
W tej samej chwili zobaczyłem mamę. Zbliżała się do Tojby z otwartymi ustami. Czy już krzyczała, czy dopiero teraz chciała krzyczeć, nie wiem. Nie mam też pojęcia, gdzie dotychczas stała. Kobiety zaczęły odstępować. Zrobiło się cicho. Ponad głowami tłumu rozległy się głosy:
— Frumet!
— Frumet, córka Dawida Frojke.