— A kto jest winien, wujek Grunem?
— Jeśli się nie jest człowiekiem, to i własna matka nie pomoże...
Są to kulki gradu, a nie słowa. Słyszę, że odnoszą się do mego ojca i matki. Znaczy to, że cały ten tumult ma związek z nami, z naszym domem.
I w tym zgiełku, kiedy przebijam się wśród kopyt i spódnic, rozlega się nagle długi, przeciągły pisk, coś w rodzaju krzyku zmieszanego z lamentem:
— Boże w niebiosach, ześlij na mnie śmierć! Śmierć i tylko śmierć!
Tłum w popłochu się rozstępuje. Krzyk ustaje na chwilę. Jakby został zdławiony. Zaraz jednak znowu wybucha, przy wtórze echa.
— Ojcze miłosierny, czego chciałeś ode mnie?
Ludzie odwracają twarze. Kobieta w czepku na głowie wyrzuca z zapadłych ust:
— Mężczyźni, odejdźcie stąd! Wara stąd!
Widzę, jak po ziemi przesuwają się do tyłu buty z cholewami i buty zwykłe. Robi się przestronnie. I raptem zauważam, że jestem na samym przedzie. W miejscu, do którego wszyscy kierowali wzrok.