Nie posłuchałem mamy. Niech się stanie to, co ma się stać, ale muszę poznać tajemnicę, którą Rejzel objawiła mamie. Narzuciłem płaszczyk i nie zapinając nawet guzików, wybiegłem z domu.
Przy niemieckim kościele schowałem się w niszy muru. Wydawało mi się, że mama odwróciła się i patrzy na mnie, chcąc sprawdzić, czy czasem jej nie śledzę.
Na ulicy Warszawskiej znowu musiałem ukryć się w bramie.
Mama z Rejzel weszły tymczasem w ulicę Synagogalną. Podążyłem za nimi. Uliczka jest wąska, skręcona jak obręcz, ciasna i ciemna. Biała synagoga z niebieskimi okrągłymi oknami opiera się o niski beit hamidrasz, który wystaje trochę z uliczki. Pozostałe domki stoją oparte jeden o drugi. Widocznie burzliwy wiatr przed laty rozhulał się nad nimi, gdyż wszystkie stoją teraz pochylone i nie mogą się wyprostować.
Coś musiało się tutaj wydarzyć. Oto bowiem zbiegli się chyba wszyscy mężczyźni i kobiety z miasta. Cisną się i przepychają. Wyciągają głowy do góry, stoją na palcach nóg, żeby przez głowy stojących przed nimi ludzi zobaczyć to, co chcą widzieć.
Co chwila przybiegają nowi ludzie. Nowe kobiety w czepkach. I nowi Żydzi z brodami. Mama i Rejzel znikają gdzieś w tłumie. Straciłem je z oczu. Przepycham się wśród zimnych kapot i wygrzanych damskich spódnic. Przez obce nogi i obce łokcie chcę się przebić do owego miejsca, na które wszystkie oczy są skierowane.
Widocznie nikt nie wie, kim jestem. Nikt nie zwraca na mnie uwagi, inaczej by nie krzyczeli tak głośno:
— Tak. To córka Lejzora, tego handlarza sianem.
— Jasne. Jak się ma macochę!
— Co tu macocha winna?