— Wyjdź na chwilę. Na jedną chwilę — poparła mamę Rejzel, kiwając swoją durną, małą głową.
Rejzel zamknęła za mną drzwi. Zatrzymałem się za nimi. Byłem zły i czułem się zawstydzony. Licho przywiodło tę głupią babę. Kto ją wołał? Przyszła do mamy z jakąś tajemnicą. A jeśli nawet tajemnica, to co? Nie mam prawa jej usłyszeć?
Prawda, ilekroć dochodzi do jakichś sekretów, mama wyprasza mnie z domu. Właśnie dlatego nie pójdę. Stanę za oknem kuchni i będę podsłuchiwał.
Przyłożyłem ucho do zamkniętych drzwi. Zajrzałem przez dziurkę od klucza i nic z tego. Nic nie widziałem i nic nie słyszałem. Musiała to być wielka tajemnica, skoro rozmawiały tak cicho. Musiała to być również gorzka tajemnica, bo nagle drzwi rozwarły się z trzaskiem i widzę, jak mama szybko narzuca zimową szubę. Jest wyraźnie rozdygotana.
W ciągu tych kilku minut tajemniczego naradzania się, twarz mamy skurczyła się od nagłego widać strachu. Wargi Rejzel drżały, jakby chorowała na malarię. Ojciec niczego nie słyszał. Leży na wznak, nozdrzami do góry, do sufitu.
Od wielkiego pośpiechu mama nie może zapiąć guzików szuby.
Peruka zsunęła się jej na bok. Małymi krokami biega po pokoju. Rzuca spojrzenie na śpiącego ojca i zauważa mnie. Otwiera ze zdumienia oczy. Szuka czegoś w pamięci i nie może znaleźć.
— Mendel — woła — nie wychodź z domu. Jak ojciec wstanie, powiedz mu, że na półce stoi garnek soku z gruszek. Zaraz wracam.
Ktoś musiał chyba nagle umrzeć. Mama bowiem wylatuje z domu jak strzała z łuku. Rejzel biegnie za nią, podskakując na krótkich nóżkach.
W mieszkaniu pozostaje wiatr, pustka. Mnie ogarnia melancholijny strach. Nie powinienem wyjść z domu, ale mam wrażenie, że jeśli zostanę w nim, to zdechnę.