Z własnej woli Tojba nigdy by nie przystała na to, żeby powierzyć swoje ciało aniołowi śmierci, Kozickiemu. Teraz jednak, kiedy nieboraczce wydarzyło się to straszne nieszczęście, nie było wyboru. Musi tam leżeć i czekać, aż doktor Kozicki przyjdzie do niej ze skalpelem, a potem wywiozą ją przez czarną bramę. Kto zresztą wie, czy już jej nie wywieziono.

W oknie szpitala Tojba nie pojawiła się ani w niedzielę, ani w inny dzień. Nie wznoszono do niej okrzyków i nie przemawiano. Na migi też nie. Koszyków z jedzeniem też jej nie przynoszono. Nikt do niej nie przychodził i nikt o nią nie pytał.

Od tamtej soboty mama posmutniała. Przestała rozmawiać. Przestała odwiedzać sąsiadów. Nie dokończyła czytania historii o pięknej i niewinnej Karolinie.

Na ojca bała się jakby patrzeć. Od czasu do czasu tylko zerknęła na niego z boku. W jej spojrzeniu można było wtedy zauważyć lękliwe zdumienie przechodzące w strach przed tym, co miało nastąpić.

— Czyżby Lejzor o niczym nie wiedział?

To pytanie zawsze było w jej spojrzeniu. Czekała na przebudzenie ojca z głuchoty. Na jego powrót z dalekiej krainy, w której myślami przebywał.

Widocznie ojciec rzeczywiście nie wiedział o niczym. Spał teraz cięższym niż dawniej snem. Chrapał też głośniej niż dawniej.

Kiedy wieczorem wracał zmęczony i zmarznięty, mama szybko podawała mu kolację. Nie zasiadała razem z nim do stołu, nie pytała, jak mu poszło dzisiaj na wsi. Najczęściej przebywała w kuchni. Krzątała się przy kominku, myła garnki i tak długo je płukała, aż ojciec zapadał w drzemkę przy stole. Wtedy sprzątała ze stołu i lekko dotykając ramienia ojca mówiła:

— Lejzorze, idź, połóż się spać. Połóż się!

Ale jak długo można nie wiedzieć? Być może podczas mierzenia stogów siana i kręcenia się wśród furmanek na targowisku, doszły jakieś szepty do jego głuchych uszu. Może jakiś człowiek, jakiś wróg donośnym głosem przekazał mu przykrą nowinę. Może to wiatry w polu przekazały mu pozdrowienia od córki leżącej w gojskim szpitalu? Nam on tego nie powiedział.