Pewnego jednak wieczoru wrócił wcześniej niż zwykle. Wszedł do pokoju nie tak jak zazwyczaj, powolnym i ciężkim krokiem, jakim chodzą ludzie, którzy mają do czynienia z chłopami na polach.

Tym razem nie wszedł, ale wpadł. Twarz szara. Broda rozwichrzona. Usta otwarte, jakby gorzka nowina w nie wpadła i dlatego nie może ich zamknąć. Kaptur, który mu kiedyś podarowała córka Bejla opadł mu z głowy. Pluszowa czapka zsunęła się, jak spłoszona, na bok.

Mama akurat siedziała przy lampie naftowej i cerowała koszulę. Kiedy drzwi rozwarły się z hukiem i długi cień ojca padł na podłogę pokoju, matka od razu wyczuła, że ojciec zna już gorzką nowinę. Zerwała się z miejsca i stanęła na środku pokoju, trzymając w ręku koszulę.

Na białkach oczu ojca rysowały się teraz czerwone żyłki. Mama stała przed nim przygarbiona i nerwowo mrugała oczami, tak jakby nie Tojba była winna tylko ona. Ojciec ciężko westchnął i powiedział:

— Frumet, wejdźmy na chwilę do kuchni.

— Co się stało Lejzorze?

— Wejdźmy na jedną tylko chwilę.

Wprowadził mamę do kuchni. Koszula, którą trzymała w ręku, jednym opadającym rękawem ciągnęła się za nią jak przekręcona ręka zemdlonego człowieka. Lekko przymknęli drzwi. Nie miałem odwagi wejść razem z nimi do kuchni. Przypadłem do szpary w drzwiach i zajrzałem przez nią do środka. Słowa do mnie nie dochodziły. Słyszałem tylko oddechy sapiących osób. Zdawało mi się, że w kuchni gniecie się duże kawałki ciasta i rzuca na podłogę.

Nagle słyszę, jakby szum wiatru wśród papierów.

— Sza, Lejzorze, nic nie mów...