— Mam nie mówić? Milczeć? — głos ojca nagle się urwał.

Zdawało mi się, że ojcu stanęło coś w gardle, że trzeba wejść i pomóc mu. Zaryzykowałem i rozszerzyłem szparę w drzwiach. Zobaczyłem, że tato stoi pośrodku kuchni z opuszczonymi, jakby sparaliżowanymi rękami. Nigdy jego ręce nie były tak długie. Mama krząta się wokół niego jak przy chorym. Ściąga z niego płaszcz. On nie stawia oporu. Jego głowa opada coraz niżej. Widać, że jest chory. Mama bierze go właśnie za rękę i łagodnie wprowadza do pokoju. Sadza go przy stole. Ojciec siedzi nieporuszony, sztywny, zimny, jakby był odlany ze szkła. Mama szybko przynosi z kuchni kubek wody i miskę.

— Umyj się, Lejzorze. Jedzenie stygnie.

Ręce ojca drżą. Woda z kubka przelewa się do miski. Mama podaje mu mocno wysmażoną wątróbkę z kartoflami. W pokoju unosi się słodkawy, ciepły zapach. Tato usiłuje jeść. Żuje powoli i długo. Zasępionym wzrokiem wpatruje się w płomień lampy.

Nagle łyżka ojca staje sztorcem w utartych kartoflach.

Mama, która zabrała się znowu do cerowania koszuli, zrywa się:

— Co się z tobą dzieje, Lejzorze? Dlaczego nie jesz?

Ale ojciec nie może tknąć jedzenia. Stercząca w kartoflach łyżka przechyla się na bok i pada jak podcięte drzewo. Głowa ojca również opada na bok. Wydaje się, że wszystkie rzeczy w pokoju przechylają się na bok. Nawet płomyk lampy. Smażona wątroba pokrywa się powoli zielonkawym nalotem.

Od tego wieczoru widziałem już ojca tylko z pochyloną głową. Im bardziej głowa opadała, tym wyżej podnosiły się jego ramiona. Zaczął mówić cichszym głosem, chodzić mniej pewnie i jeść bardzo wolno.

Przez cały ten czas nikt Tojby nie widział. Nikt o niej nie wspominał. Została przez nas zapomniana. Tylko Jankiel, syn bałaguły Jarme, mój przyjaciel, zaciągnął mnie kiedyś do omnibusu i gorącym szeptem, wydobytym nie z gardła, lecz z głębi ciała zapytał mnie: