Matki nie było w domu. Od śmierci Mojsze nie mogła usiedzieć w domu. Dniami i wieczorami przesiadywała u sąsiadki albo u cioci Miriam, którym bez przerwy opowiadała o cudownych zaletach syna.

Otóż owego zimowego wieczora, kiedy ojciec wrócił wcześniej do domu i zastał w kuchni puste, zimne garnki i mnie, który dopiero co przyszedłem z chederu i nie zdążyłem jeszcze uwolnić się od żołnierskiego baszłyka, powiódł oczami po ciemnych i wilgotnych ścianach, po Józi, która klęczała przy otwartym kuferku. Mimo zmęczenia jakby otrzeźwiał i suchym głosem zapytał:

— A gdzie się podziała moja żona?

— Pani Frymet nie ma w domu — odpowiedziała Józia.

— Że jej nie ma, sam widzę. Dokąd jednak poszła?

— Nie powiedziała mi.

— A może jednak jest tu gdzieś?

— Nie, jeszcze rano wyszła z domu.

— Jeszcze rano? Dokąd mogła pójść?

— Skąd mogę wiedzieć — odpowiedziała ze złością Józia.