Mama nie wie, co począć z rękami. Chce objąć Tojbę, ale trafia rękami futrynę. Z drugiego pokoju wychodzi powoli Gitele. Oczami krótkowidza rozgląda się po ciemnej kuchni i przeciągłym, śpiewnym głosem pyta:

— Czy to ty, Frumet?

— Co jest, Gitele? Czy pani czegoś chciała?

— Nie, kochanie, czego mogłabym chcieć? Po prostu chcę już sobie pójść. A kto tam stoi w drzwiach?

Mama nie odpowiada. Staje między Gitele a drzwiami, jakby chciała zasłonić Tojbę przed małymi, żywymi oczami staruszki.

Tato chyba coś usłyszał albo potrzebował czegoś z kuchni. Wszedł szybkim krokiem, jakby nieco wzburzony. Wyglądał na rozgniewanego. Zauważywszy mnie, zawołał:

— Jeszcześ nie poszedł?

Chciałem mu powiedzieć, że... ale w tej chwili spojrzał na drzwi, w których stała Tojba. Brwi nad jego oczami podniosły się. Stał jak wryty, nie mówiąc słowa. Po chwili jednak rozległ się głos niepodobny do głosu ojca.

— Won stąd, ty... Józko!

Jeszcze brzmiał mi w uszach ten obcy głos, kiedy zauważyłem dwie podniesione pięści sunące ku drzwiom.