Na mnie ścierpła skóra. Z wnętrza omnibusu żaden głos nie dochodził. Zdawało mi się, że pies szczeka celowo, bo chce, żeby kto przyszedł i zobaczył, co się tam dzieje.
I faktycznie tak się stało. Oto bowiem otworzyły się drzwi mieszkania starszego strażnika i na progu pojawiła się jego żona, matka Janinki. Rozejrzała się po podwórzu, po czym spojrzała w stronę omnibusu. Pies stał się bardziej zuchwały. Chciał wskoczyć na kozioł. Ognisty pot mnie oblał. Ciarki przebiegły mi po grzbiecie.
Nie wiem, czy rzeczywiście widziałem idącą do omnibusu rosyjską gojkę, czy też tylko wydawało mi się, że idzie do mnie. Jedno tylko pamiętam, że zerwałem się z kozła z okrzykiem: „Jankiel, ktoś idzie!”. Potem zacząłem uciekać.
Gonił mnie głos przerażonej matki Janinki: „Stój! Stój! Gdzie jest Janinka?”. Ten krzyk długo miałem w uszach. Pies za to wciąż biegł za mną i tak wściekle ujadał, że głowa zaczęła mnie boleć.
W pewnej chwili poczułem w łydce wszystkie zęby psa. Upadłem twarzą w rynsztok. Musiałem widocznie nieźle wrzeszczeć. Nie wiem, kto mnie podniósł. Nikogo ani niczego nie widziałem.
Poczułem tylko oddech z czyichś ust, a w uszach zabrzmiał mi tępy, twardy głos:
— Łajdaku! Sukinsynu! Do więzienia!
Następnego dnia wezwano do mnie felczera Icze. Ten pochylił się nade mną tak, że daszek jego skórzanej czapki znalazł się tuż przy moich nogach. Pulchnymi palcami obmacywał mi pogryzioną nogę.
Przy łóżku mama z wypiekami na twarzy drżała z niepokoju. U moich nóg stała Tojba, która nie spuszczała oka ani ze mnie, ani z felczera.
Mama niespokojnym głosem zapytała felczera, czy pies nie był czasem wściekły. Dopytywała się, co ma robić dalej i dokąd pobiec w razie potrzeby.