Rozdział XXII

Noga moja była już wygojona. Po ranie od ukąszenia psa pozostała tylko niebiesko-czerwona blizna, która z każdym dniem coraz bardziej bladła.

Pewnego dnia przychodzi ojciec do domu spocony, podniecony i każe sobie podać miskę wody z mydłem. Szybko zrzuca marynarkę i koszulę, staje nad miską z owłosionym, spoconym torsem. Oznajmia, że jak Bóg da, to po sobocie wyjedziemy wszyscy na wieś.

Mama patrzy na niego ze zdumieniem w oczach. Nic innego, tylko się upił! Bo po pierwsze: co to nagle za mycie w zwykły, powszedni dzień, w misce zimnej wody? Po drugie: jaki sens ma wyjazd na wieś?

Tato chowa twarz w duży ręcznik. Prycha i parska, po czym obnaża w uśmiechu zęby i daje jakby do zrozumienia, że myje się dlatego, iż wrócił właśnie z dalekiej podróży. Nałykał się kurzu po drodze, upał dał mu się we znaki. Najważniejsze, że ubił w tej podróży interes. Duży interes i z powodu tego interesu wyjeżdżamy na wieś. Mama tego nie rozumie. Ja i Tojba również tego nie rozumiemy. Nie rozumiemy tego z dwóch powodów: ojciec nigdy nie prowadził wielkich interesów i nigdy nie wyjeżdżaliśmy na wieś. Wtedy ojciec wyjaśnia nam rzecz dokładnie. Oto on wraz ze swoim wspólnikiem Motlem Sztrojem wynajęli łąki w Leniwie, jakieś siedem mil stąd. Wynajęli na całe lato. Sami będą kosili trawę. Potem zbiorą potraw. Zejdzie im do świąt. Motl Sztroj musi pozostać w mieście, a on, czyli mój tato, musi być w Leniwie. Skoro tak, to po co ma codziennie jeździć tam i z powrotem. Dwa razy po siedem mil. Wniosek nasuwa się sam. Przeprowadzi się z rodziną na wieś i sprawa z głowy. Mama przysłuchuje się jego wywodom, mrużąc oczy. Przez otwarte drzwi kuchni zagląda Tojba. Po chwili odzywa się mama:

— A gdzie leży ta twoja Leniwa?

— Leży w takiej okolicy, że daj Boże nam wszystkim. Jest tam las, woda... A ser, masło i jajka za pół darmo.

— A gdzie się będzie mieszkało w tej twojej Leniwie?

Mama zadaje to pytanie tonem wyższości.

— Będzie się dobrze mieszkało. Nie martw się!