Mama nie jest zadowolona. Mocno się krzywi.

— Ta Leniwa to chyba jakiś odludny grajdoł...

— Żaden grajdoł. Leży przy samej szosie. Do miasteczka raptem cztery czy pięć wiorst.

— Na całe lato? — w pytaniu mamy brzmi strach.

— A coś myślała? Że na jeden dzień? Weź pod uwagę, że będziesz cały czas na świeżym powietrzu.

— Daruję ci świeże powietrze, jeśli koniecznie chcesz wiedzieć. Wystarczy, że będziemy wśród samych chłopów.

— A co byś chciała? Żebym codziennie biegał siedem mil?

— A kto ci każe biegać? Masz przecież konia i wóz.

Tato nie odpowiada. Zjada resztkę kaszy powoli, bez apetytu. Widać, że jest zmartwiony. Mnie też serce boli. Lato jest gorące. W mieście nie ma się gdzie podziać. Odwalać codziennie siedem mil w takie upały, nawet jeśli się siedzi na wozie, nie jest rzeczą łatwą. A z drugiej strony, dlaczego nie mamy się przeprowadzić do Leniwy? Jest tam, jak powiada ojciec, las i woda. Będziemy kosić trawę. Będzie nowe życie.

Tak czy owak Jankiela nie ma. Na drzwi domu starszego strażnika nie wolno nawet popatrzeć. Jasnowłosa Janinka już mnie nie poznaje.