W chederze jest ciasno i mroczno. Mełamed Szyme-Josef postękuje. Jest chory. Całe dnie spędza w łóżku. Nie rozumiem, dlaczego mamie nie chce się wyjechać na wieś. Tojba też chce wyjechać. Ona zna walory wsi, ale nic nie mówi. Nie wolno jej się odezwać w obecności ojca. Po wyrazie twarzy widać, że jest gotowa do wyjazdu. Już gotowa spakować rzeczy i ruszyć w drogę.
— A ty, Mendel? — zwraca się tato do mnie — dla ciebie Leniwa też jest odludnym grajdołkiem?
— Nie — odpowiadam — ja bym chciał tam pojechać.
— Znalazł kogo pytać — wtrąciła się mama. — Tam nie będzie mógł chodzić do chederu.
— Rebe i tak nie uczy nas teraz — replikuję — cały dzień leży w łóżku.
— No to jedźcie z Bogiem. Ja też mam dokąd jechać. Warszawa chyba jest tak samo piękna jak Leniwa.
— Już znowu Warszawa?
— Tak, znowu Warszawa. Zdaje się, że mam tam dziecko. Czy nie tak?
— A Mendel — wpada jej w słowa ojciec — to nie twoje dziecko?
— A dlaczego akurat do Leniwy? Gdyby to choć było do Garbatki.